Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Lee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Lee. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 lutego 2013

O recenzowaniu słów kilka



Dyskusja jaka rozwinęła się pod jednym z ostatnich odcinków Masy Kultury stanowiła ostatnią kroplę do tekstu, który chodzi za mną od bardzo dawna. Tekstu poświęconego mojemu podejściu do recenzowania i odbioru (pop)kultury. 

Bodaj największym fetyszem podnoszonym w tym temacie jest konieczność zachowania obiektywizmu. Założenie szczytne, natomiast mogę się z nim zgodzić w zasadzie tylko w jednym przypadku – przy recenzowaniu profesjonalnym trzeba unikać przychylniejszego spojrzenia tylko dlatego, że udostępniono nam grę, książkę lub wejściówkę na pokaz prasowy. Pod każdym innym kątem w obiektywizm po prostu nie wierzę. 

Oczywistym jest, że pisząc o czymś powinniśmy się jak najlepiej dostroić do dzieła i spróbować ocenić je w miarę obiektywnym okiem. Ale każdy z nas ocenia dane dzieło przez pryzmat swojej wiedzy i oczekiwań. Oczekiwań, których nie unikniemy i które same w sobie nie są niczym złym. Przecież to właśnie na bazie oczekiwań wypatrujemy nowej książki naszego ulubionego autora lub reżysera. Problem pojawia się kiedy rozminięcie się z własnymi oczekiwaniami (czy niezrozumienie dzieła) staje się jedynym lub głównym przyczynkiem do obniżonej oceny. W zeszłym roku mieliśmy moim zdaniem kilka tego rodzaju przypadków. Pierwszy to „Dom w głębi lasu”. Film reklamowany jako uberhorror podzielił mocno środowisko kiedy okazało się, że to raczej wariacja na temat niż pełnokrwisty horror. Przypadek drugi to kwestia Edwarda Lee. Jego debiut na rynku polskim, czyli „Sukkub” spotkał się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem fanów horroru, zaś kolejne jego książki, czyli „Ludzie z bagien” i „Golem” mimo, że moim zdaniem prezentują bardzo podobny warsztat, sposób opowiadania i motywy, nie zyskały już takiego poklasku. No i przykład najbardziej jaskrawy, czyli "Prometeusz". Film, który dość kolektywnie został przez wszystkich zmieszany z błotem, a któremu (oprócz dziur scenariuszowych) zaszkodziły właśnie najbardziej błędne oczekiwania. 

 
Dużo ważniejszą kwestią jest jednak fakt, że ten mityczny obiektywizm milcząco ma zakładać, że oceniając film czy książkę oceniamy KAŻDE dzieło w tej samej skali. W moim mniemaniu nie powinno mieć po prostu miejsca, bo nie wierzę, że można w tej samej skali zestawić filmy pokroju „John Carter” i „Rzeź” Polańskiego. Nie przypadkowo zestawiłem ze sobą dwie tak odmienne produkcje. Po prostu świetnie ilustrują one moją tezę o braku uniwersalnej skali. „John Carter”, czyli ekranizacja „Księżniczki Marsa” Edgara Rice Burroughsa mimo kosmicznego budżetu i dużej akcji marketingowej poniósł dość spektakularną porażkę i został przez wielu okrzyknięty najgorszym filmem 2012 roku. „Rzeź” dla odmiany została uznana jednym z najlepszych filmów w karierze Polańskiego.  

Przyznam ze wstydem, że Burroughsa znam tylko z Tarzana, ale patrząc na datę wydania oryginału, spodziewałem się po "Johnie Carterze" maksymalnie oldschoolowej i pulpowej opowieści. I dokładnie to dostałem. Cały film jest świetnie zagrany, rewelacyjnie zrobiony od strony efektów specjalnych i kreacji świata i w żadnej scenie nie próbuje udawać czegoś czym nie jest czyli wielkiego (czytaj ambitnego kina). A czym jest? Lekko naiwną, wręcz sentymentalną opowieścią przygodową, której seans dam mi masę frajdy. Tylko tyle i aż tyle. Najgorszy film zeszłego roku? Wolne żarty. Z drugiej strony Polański i „Rzeź”. Niemalże każdy jego film to dla mnie wybitne kino. Tu miało być dowcipnie i ambitnie, bo o skrywanych sekretach ugrzecznionej klasy średniej. A jak wyszło? Dostaliśmy naprawdę koncertowo zagrany, ale wtórny do bólu i mało odkrywczy film, który podejrzewam, bez Polańskiego za kamerę skończyłby od razu na dvd. Nie jest to złe kino, ale czy jeden z najlepszych filmów Polańskiego? Czy spece od marketingu, którzy wymyśli do hasło widzieli „Chinatown”, albo „Lokatora”? I jak tu sprowadzać do wspólnego mianownika tak różne dzieła? Przecież każde z nich ma zaspokoić inne potrzeby, przy czym nie uważam, że kino czy literatura rozrywkowa winna być niżej oceniana tylko i wyłącznie ze względu na fakt, że jej głównym celem jest zabawienie odbiorcy.   

Jakie to ma przełożenie na moje pisanie o (pop)kulturze? Przede wszystkim staram się zawsze opowiedzieć maksymalnie dużo o moich odczuciach odkrywanie opowieści zostawiając Wam. Po drugie staram się wyraźnie nakreślić swoje oczekiwania i umiejscowić dane dzieło określonym kontekście, w tym gatunkowym, bo dla mnie ocena w ramach danej konwencji ma bardzo istotne znaczenie. I wierzę mocno, że daje to też lepsze rozeznanie czego można się spodziewać niż prosta ocena w skali szkolnej. I na zakończenie najważniejsze, nie szukajcie tutaj obiektywizmu. Jako miłośnik popkultury, także w jej B klasowej odsłonie, naprawdę mogę długo udowadniać, że horrory Universalu lub czytadła Mastertona to świetna rzecz, a "Rambo" to kino psychologiczne najwyższej próby. Ale to już drodzy Czytelnicy pewnie wiecie.

czwartek, 25 października 2012

"Golem" Edward Lee



Pierwsza, wydana w Polsce w 2011 roku, powieść Edward Lee czyli „Sukkub” odniosła spory sukces. Idąc za ciosem wydawnictwo Replika zaplanowało na 2012 rok aż dwie premiery - „Ludzi z bagien” oraz „Golema”. Odniosłem wrażenie, że „Ludzie z bagien” podzieli fanów polskiego debiutu Lee. Podniosły się głosy o nadmiernej rozwlekłości, o nazbyt kryminalno-obyczajowym wątku oraz licznych podobieństwa pomiędzy powieściami. Wszystko to znalazło odbicie w obawach o jakość „Golema”. W moim jednak przypadku, o czym z resztą wcześniej pisałem, „Ludzie z bagien” przypadli do gustu i tylko zwiększyli apetyt na najnowsze dzieło Edwarda Lee. 

„Golem” miał swoją polską premierę na konwencie Polcon we Wrocławiu, a Wydawnictwo Replika uraczyło fanów grozy w Polsce wydarzeniem dość bezprecedensowym i autor osobiście uświetnił premierę. Dodatkowo duże brawa należą się za pomysłową promocję związaną z wizytą Edwarda Lee. Otóż przed konwentem można było zamówić dowolną jego powieść ze spersonalizowanym autografem. I to w cenie normalnej książki. Jako, że nie dano było mi dotrzeć na Polcon, dzięki wspomnianej akcji mój egzemplarz „Golema” zdobi takowy wpis. Mała rzecz a cieszy.      


„Golem”, to w przeciwieństwie do wcześniej wydanych u nas powieści, jedna z nowszych książek Edwarda Lee (z 2009 roku) i w zasadzie już od prologu widać pewne zmiany, cofamy się bowiem aż do 1880 roku. Trafiamy na parowiec wiozący do miejscowości Lowensport między innymi beczki z gliną z Wełtawy. Towar, który już wkrótce stanie się przyczyną poważnych problemów. Prolog jest mocny i wciągający, ale co muszę z lekką konsternacją stwierdzić wydarzenia w nim opisane nie do końca mają odzwierciedlenie w dalszej części powieści. Akcja przenosi się do współczesności, gdzie dwoje świeżo postawionych na nogi życiowych rozbitków przyjeżdża do nowo zakupionego domu w Lowensport. Domu, który należał kiedyś do żydowskiego założyciela miasta. Nie wiedzą, że wkrótce przyjdzie im się zmierzyć z niewyobrażalnym…

Dla polaków mam wrażenie fabuła powieści może być w dużej mierze do przewidzenia już po samym tytule i prologu. Każdy zna przecież legendy o Golemie z Pragi ożywionym żydowską magią. Pozostaje więc pytanie na ile Edward Lee będzie potrafił nas zaskoczyć i jak wypadnie legenda przefiltrowana przez jego estetykę. W zasadzie cały czas czuć rękę autora i to zarówno w konstrukcji powieści jak i bohaterów (znów mamy duet(y) nihilistycznych psycholi i protagonistów muszących się zmierzyć z nieznanym, ale mam wrażenie, że wszystkie postacie dramatu – których jest naprawdę sporo - bardzo ciekawie zostały zarysowane). Oczywiście fani horroru znajdą tutaj zdecydowanie coś dla siebie, bo poziom brutalności i dewiacji tutaj zaprezentowanych przebija momentami nawet „Sukkuba”. Mi bardzo spodobał się pomysł (i wykonanie!) prowadzenia równolegle tak naprawdę dwóch historii, tej z 1880 roku i tej obecnej, obu spotykających się dopiero w finale. Finale, który uspokajam tych narzekających na wtórność zakończenia „Ludzi z bagien”, nie jest może wielkim zaskoczeniem, ale sprawdza się bardzo dobrze.

Pozostaje pytanie czy warto sięgnąć po „Golema”? Moim zdaniem jak najbardziej tak, ale śpieszę uprzedzić fanów polskiego debiutu. Nie oczekujcie rewolucji i kolejnego przesuwania granic. Po lekturze trzeciej powieści Lee ja nadal jestem bardzo zadowolony, ale mam co raz mocniejsze przekonanie, że  tak rewelacyjny debiut jak „Sukkub” na dłuższą metę może Edwardowi Lee trochę szkodzić. Pojawi się wiele głosów, że książka jest ok., ale to nie to samo. I bardzo dobrze. Z mojej perspektywy Edward Lee może żałować, że nie załapał się na horrorowy bum spod znaku Phantom Pressu i Ambera. Dziś byłby w Polsce pewnie równie popularny jak Masterton. Dlaczego? Bo bazując w ocenie na jego trzech powieściach mogę śmiało stwierdzić, że to świetny pisarz horrorów klasy B. Z unikalnym stylem opowiadania historii, ciekawymi pomysłami i zamiłowaniem do perwersyjnego seksu i makabry. Aż szkoda, że Replika nie zdecydowała się wydać „Golema”, który ma przecież zaledwie 300 stron, w mniejszym formacie. Ja bym go widział jako świetny początek nowej serii horrorowych czytadeł. Zatem, czy warto? Jeżeli szukacie dobrego horroru klasy B, śmiało sięgnijcie po „Golema”. Ja bawiłem się świetnie i już czekam na jego kolejną powieść.

piątek, 3 sierpnia 2012

Antologia opowiadań „Cienie spoza czasu”


Jako fan Lovecrafta bardzo ucieszyłem się już na pierwszą wzmiankę o planowanej antologii opowiadań inspirowanych jego twórczością. Śledzenie kolejnych potwierdzanych nazwisk na liście autorów systematycznie umacniało moje zainteresowanie. Takie tuzy jak Ramsey Campbell, Edward Lee czy Alan Moore nie codziennie mają się okazję spotkać w ramach jednego literackiego projektu. W końcu, po długim oczekiwaniu, zagościł w mych progach jeszcze ciepły egzemplarz książkowego debiutu Wydawnictwa Dobre Historie.  


Pierwsze na co zwróciłem uwagę to bardzo staranna oprawa edytorska. Udana pulpowa okładka, dobry papier, staranny skład, a do tego (uroki przedsprzedaży) paski komiksowe (które zasługują na osobny komentarz później). Antologię otwiera wstęp autorstwa S.T. Joshi’ego. Człowieka znanego każdemu miłośnikowi Samotnika z Providence, autora licznych publikacji o Lovecrafcie oraz wielkiego znawcy jego literatury. Wstęp poświęcony „mitologii Cthulhu” oraz naśladowcom i kontynuatorom stylu Lovecrafta stanowi bardzo dobre otwarcie zbioru. Jak wypadają zebrane teksty?

Na pierwszy rzut idzie „Dziedziniec” autorstwa Alana Moore i jest to otwarcie naprawdę mocne. Historia agenta FBI rozpracowującego serię bestialskich morderstw sprawdza się bardzo dobrze zarówno od strony fabularnej jak i od strony powiązań z Lovecraftowskim uniwersum. Moore słynie z erudycji, ale ilość nawiązań do różnych teksów „mitologii Cthulhu” (i nie tylko) może przyprawić o zawrót głowy, a odkrywanie kolejnych smaczków stanowi świetną zabawę samą w sobie.

Następnie mamy opowiadanie F. Paul Wilsona, autora kultowej w Polsce „Twierdzy”. „Pustkowia” to bodaj najdłuższy tekst w zbiorze i w tym przypadku muszę powiedzieć, że poczułem się trochę zawiedziony. Joshi we wstępie pisze o tym, że potępia pisarzy, którzy imitując Lovecrafta nie wnoszą nic nowego i niestety w tym przypadku mam wrażenie, że mamy do czynienia właśnie z takim tekstem. Poprawnym, nieźle napisanym, ale mało zaskakującym i dość wtórnym.

Na szczęście szybko moje średnie wrażenia zostały zatarte jedną ze stanowczo najlepszych historii - „Grubą rybą” Kima Newmana. Nie wszystkim przypadnie do gustu konwencja opowiadania, ale dla mnie, jako miłośnika czarnego kryminału, synteza Chandlerowskiego bohatera i mitologii Cthulhu sprawdziła się wyśmienicie. Polecam gorąco! Osobiście nie znalem wcześniej twórczości Newmana, ale jego tekst zdecydowanie zachęcił mnie do dalszej eksploracji.

Kolejne dwa teksty także trzymają wysoki poziom. „Will” to Mastertonowskie opowiadanie jakie najbardziej lubię. Krótkie, pomysłowe i intensywne. Masterton stanowczo w dobrej formie. Na „Pierwiastek zła” czekałem wyjątkowo mocno. Nie ukrywam, że wydane w Polsce powieści Edward Lee wyjątkowo trafiły w mój gust, a znając jego fascynację Lovecraftem byłem bardzo ciekawy jak wypadł w starciu z idolem. Nie zawiodłem się. Jeżeli czytaliście jakikolwiek tekst Lee wiecie czego się spodziewać. Tylko dodajcie do tego macki… Jeżeli nie, „Pierwiastek zła” może stanowić dobry rozbieg w kierunku jego innych dzieł.

„W labiryncie Cthulhu” Iana Watsona stanowi intrygujący przykład specyficznego survival horroru. Rozpoczyna się według mnie kapitalnie i choć nie do końca przekonuje mnie zakończenie opowiadania to tekst jest na naprawdę niezłym poziomie. W przypadku „Sekretu noszonego w sercu” Morta Castle mam problem. Lubię poruszaną tematykę (nieśmiertelność), ale sposób jej ujęcia w ogóle do mnie nie trafił. 

„Wystąpił błąd krytyczny pod adresem…” Alana Deana Fostera to chyba obok „Grubej ryby” największe zaskoczenie w Antologii. Uwierzcie, takiego potraktowania „mitów Cthulhu” mało kto się chyba spodziewał, a tekst jest świetny i bawiłem się przy nim doskonale. Gorzej było niestety w przypadku kolejnych dwóch opowiadań. „Przyciąganie” Ramseya Campbella oraz „Pan tej Ziemi” Gene Wolfe - mają niezły klimat, ale i w jednym i w drugim coś mi nie zagrało. U Campbella mam wrażenie, że historia w końcowym rozrachunku jest zbyt odtwórcza. W przypadku Wolfe opowieść jest dość ciekawa, natomiast jest jeden mały minus. To bodaj jedyne opowiadanie, gdzie Lovecraftowskiego wątku w zasadzie nie dostrzegam.

Zbiór kończy opowiadanie Tomasza Drabarka, który został zwycięzcą konkursu na opowiadanie do antologii. Doceniając wiedzę autora, muszę stwierdzić, że uważam „Iran Political Fiction” za najsłabsze ogniwo.  Odniosłem wrażenie, że to tekst zmarnowanego potencjału. Pomysł bardzo mi się podoba, ale rwana narracja i zbyt duże uszczegółowienie świata przedstawionego spowodowało, że miałem problem z ogarnięciem opowieści. Doskonały pomysł, wykonanie tylko momentami mu dorównuje.

Antologie tematyczne to w mojej ocenie trudny temat. Jak bowiem zebrać teksty, które nie będąc zbyt hermetycznymi zadowolą jednocześnie bardziej zagorzałych fanów? „Cienie spoza czasu” wypadają w mojej ocenie całkiem nieźle. W przynajmniej dwóch przypadkach zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony (Newman, Dean Foster), wyjadacze trzymają fason (Masteron, Moore, Lee), a nawet te teksty które mnie nie porwały (Castle, Wilson, Drabarek) są co najmniej intrygujące. Wydawnictwo Dobre Historie zaliczyło udany debiut. Fani Lovecrafta mogą sięgnąć po „Cienie spoza czasu” w ciemno, a miłośnicy weird fiction też nie powinni czuć się zawiedzeni.

Dodatkowe słowa uznania należą się Panu Krzystofowi Chalikowi. Jego paski komiksowe do trzech opowiadań ze zbioru są naprawdę znakomite! Z niecierpliwością będę śledził jego kolejne prace, a tych którym nie dane było się z nimi zapoznać zapraszam na profil wydawnictwa na facebooku gdzie w formie animowanej (mam nadzieję, że wszystkie) zostaną opublikowane.  

wtorek, 5 czerwca 2012

"Ludzie z bagien" - Edward Lee


Miniony rok, wśród miłośników literackiej grozy w Polsce, śmiało może uchodzić za  rok Edwarda Lee. Jego bulwersujący i szokujący „Sukkub” zjednał sobie wielu zagorzałych zwolenników, zadowalając nawet najbardziej wybrednych miłośników ekstremalnej literatury. Wydawnictwo Replika ośmielone wcześniejszym sukcesem zapowiedziało na 2012 rok dwie kolejne jego powieści. Pierwsza z nich miała właśnie premierę. Proszę Państwa, nadchodzą „Ludzie z bagien”.

Bohaterem najnowszej powieści Edwarda Lee jest Phil Straker, wielkomiejski policjant z wydziału narkotyków, który na skutek fatalnego zbiegu okoliczności wraca do miasta swojego dzieciństwa, do miasta z którego udało mu się wyrwać 10 lat wcześniej. Wyrwać się, bo Crick City to miasto w którym nikt nie chciałby mieszkać. Zapyziała dziura zagubiona w leśnych ostępach, gdzie mieszkańcy nie mający żadnych perspektyw topią swoje smutki w alkoholu i narkotykach. A do tego  gdzieś pośród wzgórz czają się tajemniczy „ludzie z bagien” o których każdy mieszkaniec Crick City od dzieciństwa słyszy wiele niepokojących opowieści. Na barkach Strakera, niczym samotnego mściciela, zostanie złożony ciężar zaprowadzenia w miasteczku porządku. A do tego szybko się okaże, że powrót do domu będzie wiązał się także z bolesną konfrontacją z demonami przeszłości…

Nie brzmi to jak krwawa jatka sugerowana przez okładkę prawda? Zaniepokojonych fanów prozy ekstremalnej uspokajam. Choć w istocie „Ludzi z bagien” czyta się długimi fragmentami jak mocno pokręcony dramat kryminalny to już w prologu Lee pokazuje na co go stać.  Poziom wynaturzeń z jakimi przyjdzie nam obcować w trakcie lektury, wrażliwców o plastycznej wyobraźni doprowadzi do mdłości, a z niektórych sekwencji (absolutnie mistrzowska scena „żniw”) sam Lovecraft byłby dumny. Nie przypadkowo zresztą wspominam Samotnika z Providence. Począwszy od prologu, a na szokującym finale skończywszy nad powieścią unosi się wyraźnie gęsty klimat zagrożenia i degeneracji znany miłośnikom prozy Lovecrafta. A sam finał? Zakończenie szokuje, choć muszę przyznać, że pierwszą reakcją na rozwiązanie akcji była lekka konsternacja. Dopiero po chwili i ochłonięcia wszystkie klocki ułożyły mi się w zgrabną całość i mogę powiedzieć, że czuję się usatysfakcjonowany. 

Chciałbym się pochylić nad polskim wydaniem. Po pierwsze okładka. Nadal nie mogę uwierzyć, że jej twórcami jest ta sama ekipa, która robiła okładkę do „Sukkuba” i robi okładkę do nadchodzącego „Golema”. Obie są klimatyczne i po prostu perfekcyjne. Okładka „Ludzi z bagien” miała chyba zdobić wydanie „Drogi bez powrotu 13”. Kompletna klapa, tym bardziej, że najzwyczajniej w świecie nie przystaje do zawartości książki. Żałuję, że nie pokuszono się o okładkę podobną do oryginalnego wydania. Po drugie opis na okładce. Krótko. Nie czytajcie go, bo podobnie jak okładka zwodzi i nie do końca oddaje zawartość powieści. I na zakończenie Nie czytałem książki w oryginale ale bardzo przypadł mi do gustu przekład. Myślę, że tłumacz stanął przed niemałym wyzwaniem przełożenia na język polski dialektu wieśniaków z Crick City jak i języka Bagnowych. Ciekawi mnie niezmiernie oryginał, ale dzięki tłumaczowi, ja z czytania stylizowanych fragmentów czerpałem naprawdę sporą przyjemność. Duże brawa.


Czytelnicy „Sukkuba” zastanawiają się zapewne czy nowa powieść sprosta ich oczekiwaniom. Cóż, w mojej ocenie może być z tym problem. I trochę mi szkoda, że „Ludzie z bagien” są skazani na porównania z wcześniejszym dziełem. Jest  to po prostu świetna książka. Klimat oraz historia spodobały mi się bardziej niż w „Sukkubie”. Mam jednak wrażenie, że to jednak trochę inna literatura,  z inaczej rozłożonymi akcentami i jeżeli ktoś się nastawia na klon poprzedniczki może się zawieźć. Wniosek? Nie twórzcie sobie niepotrzebnie wyobrażeń, dajcie się zaskoczyć Edwardowi Lee i wprowadzić w jego świat. Mam nadzieję, że czas spędzony w Crick City będzie dla Was równie satysfakcjonujący jak dla mnie. A mi pozostaje już odliczać dni do wydania „Golema” i wizyty autora w Polsce.

sobota, 31 marca 2012

Czasopismo "Coś na progu"


Odkąd pojawiły się pierwsze informacje, że zespół odpowiedzialny za magazyn „Lśnienie” bierze się za nowy projekt byłem niezmiernie ciekaw efektów. „Lśnienie” było magazynem o dużym potencjale, który niestety w moim odczuciu nie był w pełni wykorzystany. Niemniej samo czasopismo wspominam dobrze, w szczególności ze względu na fakt, że dzięki niemu po raz pierwszy zetknąłem się z audiobookiem. 

Krótko po złożeniu zamówienia (dystrybucja „Coś na progu” na razie możliwa jest głównie poprzez stronę internetową) mój egzemplarz znalazł się w skrzynce pocztowej. Krótki rzut oka na zawartość zaostrzył mi apetyt. Seria artykułów poświęconych H.P. Lovecraftowi i jego twórczości, dwie opowieści (Edward Lee, Stefan Grabiński), część poświęcona kryminałom oraz kilka artykułów i różnych felietonów.  Całkiem smakowicie.


Wiedziony ciekawością na pierwszy rzut wziąłem niepublikowane wcześniej w Polsce opowiadanie Edwarda Lee pt. „Makak”. Ten gość jest naprawdę ostro popieprzony. Zważywszy, że wydawnictwo Replika już zapowiedziało dwie kolejne książki Lee, świetna passa jaką miał w naszym kraju w 2011 roku może być podtrzymana. Druga opowieść to nowela klasyka polskiej opowieści niesamowitej Stefana Grabińskiego czyli „Engramy Szatery”. Wstyd przyznać, ale nie miałem okazji zapoznać się z dokonaniami Grabińskiego. Moje wrażenia po lekturze? Bardzo dobre. A ze względu na ostatnie wydarzenia jakie miały miejsce w Polsce fabuła opowieści powodowała u mnie dodatkowy zimny dreszcz. Przeczytajcie a przekonacie się o czym mówię. Świetny pomysł aby w trakcie trwania roku Grabińskiego także w takiej formie promować jego twórczość. 

Po dwóch świetnych tekstach fabularnych zapoznałem się z głównym tematem numeru. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem Lovecrafta, a poświęcone jemu i jego pracom artykuły w „Coś na progu” są różnorodne, interesujące i na bardzo dobrym poziomie. Szczególnie godne uwagi są  teksty poświęcone ważnej, a w Polsce mało znanej gałęzi twórczości pisarza czyli listom i esejom oraz artykuł o ponadczasowości jego prozy. Obchodzona właśnie 75-ta rocznica śmierci pisarza to świetna okazja aby przybliżyć jego twórczość. Kolejny raz widać, że ekipa tworząca pismo miała wyjątkowo przemyślaną koncepcję numeru. Duże brawa.

„Coś na progu” to w zamyśle jego twórców nie tylko horror i opowieści niesamowite, ale także kryminał reprezentowany w numerze przez interesujący (choć zawierający mnóstwo spojlerów) artykuł poświęcony cyklowi Wallenderowskiemu Mankella oraz tekst o Borysie Akuninie. Lubię kryminały, zatem z mojego punktu widzenia takie uzupełnienie tematów to świetna sprawa.

Jednak bloki tematyczne to nie wszystko. W numerze mamy także między innymi tekst Dawida Kaina poświęcony bardzo modnemu i głośnemu ostatnio (także w Polsce) nurtowi Bizarro Fiction (mój umysł tego nie ogarnia), czy napisany niezwykle ciekawie i profesjonalnie artykuł o animowanej japońskiej grozie. A na deser są jeszcze felietony Bartka Czartoryskiego oraz Marcina Wrońskiego. Dużo interesujących, dobrze napisanych tekstów. Na koniec krótko o wyglądzie gazety. Podoba mi się zabieg z wydaniem pisma w formacie książkowym. Zawartość jest czarno-biała, ale graficznie i edycyjnie bez zarzutu. 

Lubię być pozytywnie zaskakiwany, a nowe czasopismo „Coś na progu” to zdecydowanie bardzo przyjemna niespodzianka i doskonale wydane 8,9 zł. Widać, że ekipa wydawnicza wiele się nauczyła od czasów "Lśnienia" i od początku miała bardzo dobrą i przemyślaną konstrukcję pierwszego numeru. Teksty różnorodne i interesujące, a wszystko razem spójne i dobrze wydane. Liczę, że czytelnicy nie zawiodą, a wydawnictwo stojące za „Coś na progu” czyli Dobre Historie nie spocznie na laurach i kolejne numery także będą na podobnie wysokim poziomie. Polecam!

środa, 4 stycznia 2012

Sukkub - Edward Lee


Dzisiejszy wpis będzie o mojej pierwszej konfrontacji z najbardziej ekstremalną formą literackiego horroru. Najgłośniejszym obecnie nazwiskiem na tym rynku jest Jack Ketchum, ale brakło mi odwagi na zmierzenie się z prozą autora „Dziewczyny z sąsiedztwa” i „Poza sezonem”. Na fali popularności Ketchuma wydawnictwo Replika zdecydowało się na wydanie wczesnej powieści innego klasyka ekstremalnej literatury Edwarda Lee – „Sukkuba”. Przez polskie serwisy tematyczne przeszła fala entuzjastycznych i pochwalnych recenzji tejże książki, co w połączeniu z informacją, że Edward Lee jako źródło inspiracji przywołuje jednego z mych ulubionych pisarzy H.P. Lovecrafta zdecydowałem się podjąć wyzwanie.



Jedno jest pewne - jest to zdecydowanie literatura dla dorosłego odbiorcy o mocnych nerwach. Już w prologu Lee nie oszczędza czytelnika, a zdanie otwierające sugeruje z czym przyjdzie się nam zmierzyć. „Gotowali tutaj głowy”. Czyż to nie smakowity początek? 

Bohaterką „Sukkuba” jest wzięta prawniczka Ann Slavik, którą los zmusza do nieoczekiwanej zmiany planów wakacyjnych i powrotu do rodzinnej miejscowości Lockwood, którą opuściła bez żalu w młodości. Już w trakcie podróży mają miejsce niepokojące wydarzenia, a Ann nie zdaje sobie sprawy, że spodziewane spotkanie z apodyktyczną matką będzie najmniejszym z jej problemów… W pierwszej części powieści oprócz Ann Slavik poznajemy także Erika i Duke’a - dwaj więźniowie skazani za bestialskie mordy postanawiają zbiec ze szpitala psychiatrycznego, ponieważ jak mówi Erik „muszą dotrzeć do Lockwood”. 

Muszę powiedzieć, że prolog oraz pierwsze rozdziały to według mnie najlepsza, wręcz mistrzowska część powieści. Prolog od razu wrzuca czytelnika na głęboką wodę wprowadzając gęstą, mroczną i oniryczną atmosferę. Także wprowadzenie głównych bohaterów jest doskonałe. Od pierwszych stron historia jest świetnie zarysowana i wciągająca. Mimo dużej dozy makabry i grozy czyta się to doskonale, dzięki świetnemu stylowi Edwarda Lee.

Czas jednak na dwie łyżki dziegciu do tej beczki miodu. W miarę rozwoju akcji coś się psuje. Związane jest to z dwoma sprawami. Po pierwsze pornografią. I to jaką. Przy tym co śledzimy uczta u Kaliguli to zwykły lunch. I początkowo świetnie się to wpasowuje w makabryczną i pokręconą historię jednak w miarę rozwoju akcji szala przechyla się ze strony grozy na stronę zbyt dużej ilości scen pornograficznych, które w pewnym momencie przestają cokolwiek wnosić do fabuły. Po drugie - mam nieodparte wrażenie, że Lee nie wykorzystał potencjału Erika i Duka. Stworzył świetnych bohaterów, doskonale nakreślił ich charaktery i perfekcyjnie wprowadził na scenę, ale zakończenie ich wątku to mym zdaniem najsłabsza część powieści i masa niewykorzystanych możliwości. Na szczęście zakończenie i epilog to znów kawał świetnej literatury w iście lovecraftowskim klimacie. 

Jak więc oceniam swoją pierwszą przygodę z ekstremalnym literackim horrorem? Nadspodziewanie dobrze. Lekko się zawiodłem, ale wynikało to z rozdźwięku pomiędzy samymi superlatywami w recenzjach, a moimi własnymi odczuciami. Myślę, że historia zyskałaby gdyby ją skondensować i wyrzucić część niepotrzebnych pornograficznych scen, ale koniec końców „Sukkub” to świetny horror. Z mocną, interesującą historią i co ważne (co się często nie udaje) z bardzo dobrym finałem. Myślę, że wydawnictwo Replika zainteresowało mnie autorem i z chęcią sięgnę po kolejne powieści Edwarda Lee.

Dla czytelników o mocnych żołądkach na długie zimowe wieczory „Sukkub” to lektura jak znalazł. Tylko uważajcie potem na swoje sny. I nie mówcie, że nie ostrzegałem.