Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 maja 2016

"The Witch" Robert Eggers



Po ubiegłorocznym festiwalu Sundance zrobiło się dość głośno o filmie Roberta Eggersa „The Wich: A New England Folktale” (znanym również pod stylizowanym tytułem „The VVitch”). Debiutujący Amerykanin został tam nagrodzony za reżyserię, a w miarę jak film trafiał do większego grona odbiorców, słychać było coraz więcej głosów wieszczących, że mamy do czynienia z prawdziwym arcydziełem. Dzięki sekcji „Strach się bać”, którą zaserwowano nam w ramach tegorocznego festiwalu Netia Off Camera, także polscy widzowie mogli się przekonać o jakości tego dzieła. Czy faktycznie dostaliśmy najlepszy horror XXI wieku?

„The Witch” opowiada historię purytańskiej rodziny, która w XVII wieku zostaje wygnana z plantacji położonej gdzieś w Nowej Anglii. Wygnańcy decydują się na założenie farmy na skraju mrocznego lasu. Po początkowej sielance, nagłe zniknięcie niedawno, narodzonego synka, staje się punktem zapalnym zapoczątkowującym falę niepokojących zdarzeń. Celowo nie chciałbym wchodzić na tym etapie w szerszy opis filmu, odradzam nawet oglądanie jego trailerów. Będąc bowiem po seansie, uważam, że im mniej wiemy o tym co finalnie dostaniemy tym lepiej, a do tego odnoszę wrażenie, że fama horrorowego arcydzieła i w podobnym tonie utrzymana kampania promocyjna, mogą wpłynąć negatywnie na wrażenia wielu widzów. Ale po kolei.

 
Eggers, który wspomina, że jego zainteresowania tematyką wiedźm sięgają dzieciństwa, zdecydował się postawić na maksymalny realizm świata przedstawionego. Spędził nad badaniami sporo czasu, współpracował z muzealnikami i historykami, tak aby wszystko co zobaczymy na ekranie wyglądało autentycznie. I to widać w każdym najdrobniejszym szczególe scenografii, kostiumów, a nawet dialogów, które zostały napisane w XVII wiecznej angielszczyźnie i zostały oparte na dokumentach z epoki, w tym na zapisach z procesów czarownic. I ta dbałość o detale, w połączeniu ze świetnymi zdjęciami i rewelacyjną muzyką nadaje ton tej opowieści i buduje doskonały niepokojący klimat. 

Widać niemalże w każdym kadrze, że Eggers wie jak wykorzystać kino gatunkowe, w tym przypadku horror, aby z jednej strony opowiedzieć konkretną historię, a z drugiej pobawić się trochę z widzem i jego oczekiwaniami. Świetnie ilustruje to już jedna z pierwszych scen filmu, w której śledzimy podróż wygnańców, którzy szukają miejsca na farmę. Kiedy wybierają w końcu lokalizację, twórca serwuje nam kapitalne ujęcie w którym zwykły las, pozornie standardowa dzicz, budzi w widzach nieokreślony lęk. Odbiorcy przyzwyczajeni do horrorowych sztuczek już wiedzą, oczekują, że za tą leśną granicą coś czyha. Pytanie tylko kiedy nasza rodzina z tym czymś się zmierzy. I Eggers tego rodzaju zabiegów stosuje dużo, przy czym nie są to proste sztuczki, a elementy konsekwentnie budowanej opowieści. Pozornie dość szybko karty zostają przed widzami odkryte. Najmłodszy członek rodziny znika, a na krótką, upiorną scenę pojawia się nawet tytułowa wiedźma. Ale tak naprawdę, to zaledwie początek tej historii.

Historii, która choć konsekwentnie budowana jako opowieść grozy, sprawdzająca się w tym zresztą bardzo dobrze, daleko ciekawsza jest na kilku innych poziomach. Dla mnie bowiem, to przede wszystkim rodzinny dramat najwyższej próby. Znikniecie najmłodszego syna staje się katalizatorem wielu problemów. Matka zaczyna przechodzić kryzys wiary i zatraca się w rozpaczy, zaniedbując pozostałych domowników. Ojca zaczyna prześladować poczucie winy, że nie jest w stanie zapewnić rodzinie godniej egzystencji, a nawet elementarnego poczucia bezpieczeństwa. U starszego syna zaczynają buzować hormony i w ramach swoistej próby męskości próbuje ratować sytuację na własną rękę. Starsza córka zaczyna się interesować szerokim światem i stopniowo zaczyna kwestionować religijne dogmaty. A oczywiście są jeszcze najmłodsze bliźnięta, psocące na potęgę i rozmawiające z kozłem. A może szatanem? Eggers bardzo sprawnie i wiarygodnie rozgrywa te wszystkie konflikty. Wraz z narastaniem problemów, wzajemne pretensje eskalują, sytuacja robi się coraz bardziej dramatyczna i zaczynamy zmierzać do nieuchronnego przesilenia. 

Przy czym te rodzinne konflikty to tylko pierwsza warstwa tego dramatu. Kolejna, równie istotna to kwestia religijna, która  pojawia się już w pierwszej scenie filmu. Przecież rodzina zostaje wygnana właśnie ze względu na odmienne poglądy w kwestiach wiary. Nigdy nie dowiadujemy się co było źródłem tego konfliktu, ale już na tym etapie widać jak istotnym składnikiem, nawet ich codziennego życia, jest religia. I kiedy stają w obliczu straty dziecka, widma głodu i innych problemów, pojawia się kryzys wiary, który z kolei napędza poczucie winy związane z tym, że obwiniają Boga o to w jakim położeniu się znaleźli. A w końcu zaczynają się doszukiwać w różnych zdarzeniach działania sił nieczystych. 

I w tym miejscu wychodzi na pierwszy plan wątek stricte horrorowy. Naprawdę czuć, że Eggers wie jak stworzyć klimatyczną i upiorną scenę. Często prostymi i pozornie wyświechtanymi zabiegami udaje mu się skutecznie straszyć i wybijać widza ze strefy komfortu. W czym wydatnie pomaga rewelacyjna ścieżka dźwiękowa Marka Korvena, który z jednej strony opiera się na minimalistycznych dźwiękach i aranżacjach, aby za chwilę uderzyć w upiorne, pogańskie, chóralne zaśpiewy (miałem skojarzenia z tym co stworzył Jerry Goldsmith do „Omenu), które autentycznie mrożą krew w żyłach. Co ciekawe, Amerykanin przez większość filmu zgrabnie gra niedopowiedzeniem, dając widzom różne tropy i możliwości interpretacji wielu wydarzeń, tak że często nie wiemy czy dane kwestie mają podłoże nadnaturalne, czy wbrew pozorom bardzo prozaiczne. 

Chwalę w zasadzie wszystkie elementy filmu, ale czas dorzucić łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Po pierwsze, tak jak wspomniałem na początku, mam wrażenie, że sprowadzenie „The Witch” do horroru jest błędem. Czy może precyzyjniej, nie tyle błędem, co może wywołać u wielu współczesnych widzów określone oczekiwania. I oczywiście groza jest tu namacalna, ale też tempo filmu, rozkład akcentów, czy podejmowana tematyka powodują, że nastawienie się na horror, może skutkować lekkim rozczarowaniem. Oczywiście to problem psychologii odbiorców, a nie samego filmu, ale też jeszcze raz podkreślę, według mnie „The Witch” najlepiej sprawdza się jako okultystyczno-religijny dramat rodzinny. Drugim problemem jest finał. Eggers dokręca śrubę, kończy z dosłownością i serwuje nam mocny finał ,kładąc jednak nacisk na element baśni, który pojawia się w podtytule. I to mi się trochę gryzie z całością filmu, ale jako, że z tego co widzę to jest to teza dość kontrowersyjna, to postaram się opowiedzieć nieco więcej o tym w sekcji spojlerowej za chwilę.

Pomimo tych drobnych uwag „The Witch” to jeden z najciekawszych horrorów jakie mogliśmy w ostatnim czasie zobaczyć. Wpisuje się on zresztą w ciekawy trend jaki możemy zaobserwować. „Babadook”, „Coś za mną chodzi”, „Gwiazdy w oczach”, „The Witch”. Wszystkie te filmy to dzieła niezależne, często autorskie filmy debiutantów, lub twórców z małym dorobkiem. Wszystkie mają na pierwszym planie silną kobiecą postać i oprócz warstwy stricte horrorowej, serwują ciekawe wątki społeczno-obyczajowe. W końcu wszystkie okraszone są doskonałą muzyką, w przypadku każdego z filmów skrajnie różną, ale równie wyśmienitą. Wniosek wydaje się prosty. Każdy kto uważa, że współczesny horror zjada własny ogon, powinien po prostu poszukać nieco głębiej i wyjść poza hollywoodzką sztampę, a może się bardzo przyjemnie zaskoczyć.





Dla osób niebojących się spojlerów lub tych które są już po seansie chciałbym jeszcze rozwinąć kwestię zakończenia.

Wspomniałem, że finał gryzie mi się z całością. Mój podstawowy problem nie polega na samym rozwiązaniu fabularnym. W toku filmu, wraz z narastaniem zdarzeń, które możemy interpretować jako działanie złych mocy (krwawe mleko, kruk wydziobujący Matce pierś, kozioł, śmierć starszego Syna po wizycie w chacie Wiedźmy) założyłem, że starsza Siostra – Thomasin, jako najbardziej otwarta na świat przeżyje, ale kosztem odejścia od wiary. Może nawet taki był diabelski plan na pozyskanie nowej wyznawczyni? A może tylko ona nie poddała się narastającemu szaleństwu? W końcu sam Eggers w jednym z wywiadów zasugerował, że kukurydza i zboże było zarażone sporyszem, który może mieć właściwości halucynogenne i przez niektórych badaczy był uważany za jedną z przyczyn paranoicznych zachowań osadników z okresu polowań na czarownice. Nie ważne jednak, ku której wersji wydarzeń się skłaniamy, przez cały film twórca bardzo sprawnie igra z widzami. W finale jednak ta subtelność w prowadzeniu opowieści zostaje zarzucona i otrzymujemy domknięcie, które przynajmniej według mnie, nie pozostawia miejsca na interpretacje. Thomasin podpisuje cyrograf (scena w szopie i rozmowa z Szatanem to najsłabsza scena filmu) i staje się wiedźmą. I choć pozornie nadal możemy ten finał traktować jako kolejny poziom halucynacji, to jednak sposób poprowadzenia tej sceny, widok sabatu, czy wznosząca się w powietrze Thomasin, dla mnie nie pozostawiają złudzeń. I mam z tym lekki problem, bo zdecydowanie bardziej wolałbym podobne do reszty opowieści, zniuansowane zakończenie. Może Thomasin przekraczającą próg wiedźmiej chaty? Można było to rozegrać inaczej. Przy czym to nie jest tak, że finał popsuł cały film. Po prostu trochę zaskoczyło mnie tak silne i bezpośrednie pociągnięcie całości w kierunku nadnaturalnym. Pomimo to, bawiłem się świetnie i uważam „The Witch” za film zdecydowanie godny uwagi i pochwał jakie zewsząd pod jego adresem płyną. To jeden z tych obrazów, który wywołuje dyskusje, zmusza do refleksji (obserwowanie rozkładu podstawowej komórki ładu, jakim jest w tym filmie rodzina, było dla mnie naprawdę silnym doświadczeniem) i straszy. Mam nadzieję, że może, podobnie jak w przypadku „Bone Tomahawk”, jeszcze doczekamy się tego filmu w kinach, w szerokiej dystrybucji.  


czwartek, 10 września 2015

Polska groza - głos w dyskusji



Drugi raz w życiu wywołałem niemałe internetowe zamieszanie i drugi raz sprawa tyczy się rzeczy, którą chyba część środowiska twórców, fanów i osób piszących o temacie uważa za świętą i nienaruszalną, czyli polskiej literatury grozy. By być precyzyjnym, tym razem aferę wywołałem trochę pośrednio, ale jak to redaktor Stonawski zauważył w swym felietonie, mój niedawny wpis zamieszczony na facebooku stał się katalizatorem. Na wstępie pozwolę sobie zatem zacytować tenże post, bo wbrew megalomanii redaktora serwisu Polska Groza, rwetes który wywołałem nie przesłonił sprawy uchodźców i większość osób nie wie o co chodzi. 

Otóż po ogłoszeniu nominacji do drugiej edycji Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego napisałem:

„W zeszłym roku nie wypowiadałem się praktycznie wcale na temat projektu Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego" Mam swoje liczne uwagi, ale uznałem, że skoro nie przeczytałem wszystkich nominowanych tekstów to nie jestem władny wybierać i komentować. W tym roku miałem zrobić podobnie. Ale jak zobaczyłem na liście nominowanych "Horror Klasy B" Łukasza Radeckiego, który jest książką po prostu złą (o czym nawet sam autor doskonale wie), w zestawieniu z brakiem "Powrotu", rewelacyjnego debiutu Wojciecha Guni, jednak się złamię. Miałem napisać i ostrzej i więcej, ale jako, że się rozchorowałem to będę miłosierny. Wstyd droga kapituło, wstyd. Następnym razem jak będziecie utyskiwać, że wszyscy mają polski horror za gówno, radzę się zastanowić jak bardzo sami się do umacniania w Narodzie takiej opinii przyczyniacie.”

Post został udostępniony, opatrzony jeszcze mocniejszym komentarzem i sprawa zaczęła szybko eskalować w małym świadku pisarzy i fanów grozy. Padły oskarżenia o hejterstwo i bezmyślne krytykanctwo, plucie na polską grozę, tworzenie towarzystwa wzajemnej adoracji, flekowanie regularnie pewnych pisarzy i promowanie ich kosztem swoich ulubieńców i dalej w tym stylu. Czego najbardziej żałuję to tego, że oberwało się bardzo mocno Wojciechowi Guni, którego z tego miejsca za całą sytuację przepraszam. Nie wiedziałem czym to się skończy. Tak jak pisałem w poście, nie miałem zamiaru sprawy komentować szerzej, ale jeżeli jedna z głównych osób stojąca za Nagrodą, w swym pełnym fałszywych stwierdzeń, krzywdzących uogólnień i co najważniejsze pozbawionym merytorycznych argumentów, felietonie wywołała mnie do tablicy? Oto jestem.

Zacznę od krótkiej notki o sobie, tak aby na wstępie ukrócić retorykę o tym jako to zamiast coś robić „siedzę i narzekam”. Prowadzę bloga od 2011 roku. Od 2012 roku współpracuję z serwisem Carpe Noctem. Od 2013 roku nagrywam segment poświęcony grozie w podcaście popkulturowym Masa Kultury. W końcu od 2014 roku współpracuję z Nawiedzonym Podcastem. I to tylko część moich projektów. Co je łączy? Wszędzie piszę i mówię o horrorze w różnych jego odsłonach. Film, gry video, komiks i oczywiście literatura. Czytam i oglądam całkiem sporo grozy i to bardzo różnorodnej, zarówno gatunkowo (od klasyki, poprzez horror klasy B, a na horrorze ekstremalnym skończywszy) jak i patrząc na kraj pochodzenia dzieła. Kiedy potem dzielę się swoimi opiniami zawsze przyświeca mi nadrzędny cel – rzetelne przedstawienie swojego zdania, uargumentowanie, pokazanie dlaczego warto, a dlaczego trzeba omijać szerokim łukiem. Tym samym mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jednak nie jestem bezmyślnym hejterem i coś jednak robię dla popularyzacji grozy, w tym oczywiście tej z rodzimego podwórka. Bo wbrew temu co chcieliby niektórzy, mi także zależy na tym aby horror w Polsce się rozwijał, tak aby można było sprowadzać więcej filmów, wydawać więcej książek, a fandom się rozrastał. 

Przejdę jednak do posta. Napisałem, że mimo licznych uwag nie wypowiadałem się do tej pory praktycznie wcale na temat Nagrody Grabińskiego, ze względu na fakt, że znałem tylko część książek nominowanych i obawiałem się skrzywdzić kogoś jednoznaczną opinią o czymś co akurat znam. Tym bardziej, że ja unikam nawet podsumowań roku, bo często mam poczucie, że ominęło mnie coś ważnego.  Nota bene patrząc na bieżącą dyskusję, w trakcie której co najmniej czwórka pisarzy i członków Kapituły stwierdziła ze spokojem, że oni też nie znają wszystkich nominowanych pozycji, było to z mojej strony przesadną ostrożnością. W tym roku się to zmieniło i skoro środowisko bardzo usilnie próbuje nie zrozumieć dlaczego się tak stało wyjaśnię bardzo dokładnie. 

Pośród nominowanych pozycji znalazł się „Horror klasy B” Łukasza Radeckiego. Książka zła, słabo wydana, ale ku mojemu niezmiernemu zdziwieniu szalenie ciepło przyjęta. Nie jestem w stanie tego pojąć, bo książki nie broni absolutnie nic. Nie ma zapowiadanego klimatu horrorów klasy B, jest źle napisana, pełna fatalnych pomysłów, niedopracowanych tekstów i opatrzona ramą fabularną, która w założeniach była ciekawa, ale tylko w założeniach. Jeżeli ktoś chce się zapoznać z szerszą argumentacją zapraszam do posłuchania i poczytania. Ja dodam tylko jedno. Bardzo lubię horror B-klasowy, ale zbiór Łukasza Radeckiego nie jest, jak w trakcie dyskusji próbowano mi wmówić, „książką świadomie złą”, albo „autoironiczną zabawą z konwencją”. Aby taką być, musielibyśmy mieć do czynienia z premierowymi tekstami, która ogrywałyby schematy próbując powiedzieć coś więcej. A jak sam autor nie kryje choćby w posłowiu, jest to antologia złożona w większości z tekstów zebranych z wielu lat, opublikowanych w wielu różnych miejscach, pisanych na zamówienie do konkretnych zbiorów i dla konkretnych portali. Zbiór przypadkowych tekstów, połączonych ramą fabularną, której konkluzja brzmi „zapomnijmy o tworzeniu horrorów w tym kraju w jakiejkolwiek formie”. I wierzcie mi moi drodzy, to wyrwanie z kontekstu zdanie nie ma autoironicznego wydźwięku jak będą Wam próbowali wmówić. I ten zbiór otrzymał nominację do Nagrody, w której pierwszy punkt regulaminu mówi „Nagroda przyznawana jest w celu rozwoju i popularyzacji szeroko pojętej literatury grozy w Polsce”. I Panie redaktorze Stonawski zanim Pan znów zacznie insynuować, że jest to plucie na autorów chciałbym zauważyć, że ja wcześniejsze teksty Łukasza Radeckiego lubię. Wystarczy wspomnieć mój blurp na papierowym wydaniu „Bóg, horror, ojczyzna”, czy  pozytywną recenzję „Pradawnego zła” (które nie jest specjalnie dobrą książką, ale wyśmienicie wpisuje się w B-klasową konwencję dostarczając masę radości) którą można przeczytać na Carpe Noctem.

Aby znów się nie dostało autorowi doskonałego „Powrotu” wyłączę go teraz z dyskursu, bo sama nominacja „Horroru Klasy B” stanowi sedno problemu, a nie brak debiutu Guni. I jako, że w swym felietonie (pozbawionym krzty konstruktywności) prosi Pan o konstruktywną krytykę postaram się jasno określić dlaczego.  Ale najpierw jeszcze jedna ważna kwestia. Nam, miłośnikom horrorów może się wydawać, że jesteśmy prężnym i dużym środowiskiem. Nic bardziej mylnego. Większość osób uważa horror za gatunek pośledni, niegodzien zainteresowania, a jego fanów za dziwaków (i to czasem niezupełnie nieszkodliwych). Na każdym kroku staram się walczyć z tym wizerunkiem, którego mylność jest oczywista dla każdego fana grozy. Ta walka jest szczególnie trudna w przypadku polskiej literatury grozy, ze względu na pokutujące przeświadczenie, że dominuje tam literatura słaba. Niestety, samo środowisko przyczyniło się do takiego stanu rzeczy. I to nie dlatego, że taki jest stan faktyczny, ale dlatego, że słaba literatura jest chwalona na równi z czymś naprawdę dobrym (co całkiem nieźle opisał też choćby Piotr Borowiec w swym niedawnym felietonie). Przeciętny czytelnik sięgając po wychwalaną powieść, która okazuje się być gniotem, sięgnie po polski horror może jeszcze raz. Ale jeżeli sytuacja się powtórzy będzie wolał kupić sprawdzonego Kinga lub Mastertona i rozpocząć marudzenie, że polski horror to gówno. A niestety ja sam znam takich czytelników sporo i niespecjalnie mogę się im dziwić. Sam kiedy zaczynałem przygodę ze współczesną polską grozą ciągle słyszałem „ten autor jest rewelacyjny”, „ta książka jest super”. A w praktyce wyszło tak, że jeden z tych „rewelacyjnych” autorów okazał się być twórcom opowiadań tak fatalnych, że powiedziałem sobie po paru próbach, że nigdy więcej i skasowałem rzeczonego autora z listy zakupów na wieki. Nie generalizując jednak na całość środowiska. Ale ja jestem fanem, mnie Nagroda nie musi przekonywać aby czytać polską grozę, bo i tak to robię.  

Dlatego mimo wielu wątpliwości (skład Kapituły, dobór tekstów itp.) kibicowałem Nagrodzie. Twórcy szumnie na konwentach zapowiadali, i zawarli to z resztą w samym regulaminie, promować i rozwijać polski horror. Naprawdę chcemy aby polska groza miała być tej jakości co „Horror klasy B”? I już słyszę głosy, że przecież chodzi o różnorodność, a nominacja to nie nagroda. Pewnie, że nie. Ale książka nominowana może wygrać. Przecież głosują czytelnicy, a potem jeszcze Kapituła, która przypomnę już tę książkę doceniła. I teraz w ramach gimnastyki wyobraźni proszę sobie zwizualizować wznowienie „Horroru klasy B” z opaską „Laureat Nagrody im. Stefana Grabińskiego”. Naprawdę chcemy aby tak był postrzegany polski horror? To jest ta promocja i rozwój? Moim zdaniem to jest umacnianie najbardziej krzywdzących stereotypów dotyczących tej gałęzi literatury. 

Dlatego, a nie jak jeden z pomysłodawców Nagrody zasugerował przez zawiść, że sam w Kapitule nie zasiadam, w tym roku jednak zabrałem głos. Bo jak sam redaktor Stonawski zauważył „wszystkim nam zależy na polskiej grozie”. Ale jeżeli nie będziemy pracować systematycznie nad poprawą jakości publikacji, ciekawszą treścią, większą różnorodnością, to nigdy nie wyjdziemy poza swój mały światek. Nigdy nie przekonamy przeciętnego czytelnika do sięgnięcia po rodzimą grozę. Po co, przecież „polski horror to gówno”. I moje największe rozczarowanie wynikające z całej obecnej afery nawet nie jest związane z tym, ze słaba książka została nominowana. Tak było początkowo. Po paru dniach, najbardziej jestem zniesmaczony tym, że zamiast wysłuchać argumentów, podjąć dyskusję i spróbować zrozumieć skąd się wzięła moja opinia, wiele ludzi i to osób opiniotwórczych postanowiło całą sprawę wyśmiać jako „jęczenie, jak zwykle”. I zamiast dialogu, o którym tak często słyszę, dostałem sugestię, że „jak się nie podoba to zróbcie sobie sami Nagrodę”. Panie i Panowie, serio? Wzięliście sobie za patrona Nagrody jednego z najwybitniejszych pisarzy grozy na świecie. Od tego momentu Nagroda to nie jest tylko Wasza piaskownica. To także pewne zobowiązanie wobec wszystkich fanów grozy w Polsce. Zobowiązanie, że będzie pracować nad promocją i rozwojem horroru w naszym pięknym kraju. I jestem ciekaw jak chcecie to zrobić jeżeli trzymacie się tak kurczowo Waszego stanowiska i tkwicie tak mocno w przeświadczeniu o swej nieomylności, że nie umiecie podjąć rozmowy ze mną, gościem który wielokrotnie chwalił rodzimych pisarzy (nawet redaktora Stonawskiego za co sam dziękował, a teraz pewnie nie pamięta), ale ośmielił się mieć inne zdanie niż wasze? Jak chcecie toczyć dyskusję z kimś spoza środowiska, kto z założenia grozy nie lubi? Niestety tego nie wiem. Wiem. że ja, mimo pewnie mikrego zasięgu, będę próbował nadal promować ciekawą i wartościową grozę. Ale to nie oznacza, że bezrefleksyjnie będę chwalił rodzimych twórców i wszelkie ich inicjatywy. 


wtorek, 28 lipca 2015

Seria "Phantasm"

Powracamy z nieregularnym podcastem, w którym rozmawiamy o znanych seriach horrorów. Dziś na warsztat bierzemy serię unikatową, przez wielu uznawaną za kultową. Klasyk, który mimo wszystko jest dość mało znany. Czas to zmienić.






Tym razem w odcinku nie usłyszycie Filipa (dlaczego dowiecie się z podcastu), który pewnie wkrótce powróci, a tym czasem jako wsparcie zaprosiłem Huberta "Mando" Spandowskiego, znanego Wam świetnie z Radia SK, serwisu Stephenking.pl, Kombinatu oraz wielu innych projektów podcastowych.

Miłego słuchania!

*do grafiki wykorzystałem okładkę od vinylowej wersji soundtracku od Mondo. Genialna rzecz.

Wcześniejsze odcinki:

Koszmar z ulicy wiązów

American Horror Story

Krzyk

czwartek, 28 maja 2015

"Coś za mną chodzi" - David Robert Mitchell




Jakiś czas temu mogliście posłuchać mojej recenzji „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella. Jednak krótka forma i chęć uniknięcia spojlerów spowodowały, że niemal od razu postanowiłem wrócić do tematu w trochę szerszym zakresie. Trwało trochę zanim do tego doszło, ale jak to mówią, liczy się efekt końcowy. A film Mitchella zdecydowanie zasługuje na uwagę, bo ta niskobudżetowa, niezależna produkcja, mimo pozornej zwyczajności stanowi ciekawy przykład świadomego, autorskiego kina, o które w kinie grozy coraz trudniej.

 
Ja zostałem kupiony w zasadzie od pierwszej sceny, która budzi bardzo silne skojarzenia ze slasherami lat 80tych. Widzimy te same amerykańskie przedmieścia, pozorną normalność zaburzoną przez tajemniczą śmierć, a w tle pobrzmiewa muzyka, której duchowym ojcem jest John Carpenter. Już w tej pierwszej scenie Mitchell wykazuje się wyczuciem i znajomością gatunku. Od strony fabularnej widz zostaje wrzucony od razu na głęboką wodę. Widzimy bowiem jak w środku ciepłego, letniego dnia, ucieka z własnego domu przerażona dziewczyna. Nie wiemy przed czym ucieka, ale wkrótce przekonujemy się, że cokolwiek czy ktokolwiek ją przeraził, w dość makabryczny sposób pozbawił ją także życia. Bardzo podoba mi się to otwarcie, które nie tylko nie pozostawia złudzeń z jakim gatunkiem mamy  do czynienia, ale także umiejętnie gra niedopowiedzeniem. Co umówmy się nie jest standardem w kinie grozy, bo w większości przypadków już od początku wiemy, albo możemy się domyślać z czym przyjdzie się mierzyć protagonistom. 

W „Coś za mną chodzi” fabuła stopniowo prezentuje kolejne składowe koszmaru, ale również nieco wbrew większości mainstreamowch produkcji, Mitchell nawet w finale nie próbuje wszystkiego wyjaśnić. Wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że na bazie tej prostej historii twórca próbuje nam co prawda powiedzieć coś od siebie, ale też zostawia widzom pole do snucia własnych domysłów. Bo umówmy się, że sama opowieść jest prosta. Jay, uczennica collegeu, w trakcie upojnej nocy zostaje odurzona przez swego partnera, Hugh. Budzi się przywiązana do inwalidzkiego wózka i poinformowana, że to dla jej dobra. Hugh mówi, że w trakcie stosunku przekazał jej klątwę, która objawia się tym, że od tej pory będzie ją śledzić i próbować pochwycić tajemnicza siła. Konsekwencje w przypadku jeżeli to coś dopadnie swą ofiarę są dwie. Ofiara ginie, a coś wraca do poprzedniej osoby w przeklętym łańcuszku. 


Opis fabuły można łatwo wyśmiać, bo brzmi trochę jak pomysł na kampanię społeczną ukierunkowaną na promocję wstrzemięźliwości seksualnej wśród młodzieży. I choć można zadowolić się prosta interpretacją, sprowadzającą tę historię do przestrogi przed przygodnym seksem to według mnie jest to raczej mylny trop. A konstrukcja opowieści, z nieokreślonym „czymś” jako nemezis powoduje, że przyjemniej mi ewentualny śmiech grzęźnie w gardle. Do mnie motyw „czegoś” trafił bardzo mocno i uważam, że wyśmienicie sprawdza się jako horror. Z prostego powodu. ”Coś” to groza w stanie czystym. Mitchell ograniczył się do zaprezentowania szczątkowych informacji na temat klątwy.  Nie wiemy skąd się wzięła, nie wiemy z jaką siłą mamy do czynienia, czego tak naprawdę ona chce. Wiemy tylko, że może przybrać dowolną postać, nawet bliskiej nam osoby. Może się pojawić wszędzie. I nie spocznie póki nie dopadnie swej ofiary. To właśnie nieuchronność i nieokreśloność wywołują tak silne poczucie zagrożenia. Jak walczyć z czymś o czym nic nie wiemy, kiedy czujemy się coraz bardziej zaszczuci i nie mamy nawet momentu wytchnienia. 


Z resztą ta groza nieuchronności stanowi dla mnie ciekawy trop interpretacyjny, sprowadzając seksualność o której dużo przy tym filmie się mówi na dalszy plan. Spójrzmy bowiem jak Mitchell rozpisał tę opowieść. Jej bohaterami są młodzi ludzie. I w zasadzie tylko oni. Nie jak to bywa w wielu klasycznych slasherach, czy horrorach młodzieżowych, gdzie oprócz nastolatków mamy również przynajmniej kilka istotniejszych postaci dorosłych (vide Szeryf w „Koszmarze z ulicy wiązów”). W „Coś za mną chodzi” praktycznie rzecz biorąc nie ma dorosłych, którzy pojawiają się jedynie w tle, zapracowani, niespecjalnie zainteresowani dzieciakami i ich problemami. A problemem dla tych nastolatków wcale nie jest ich seksualność, która wydaje się być dla nich immanentną cechą codzienności. To nie jest owoc zakazany, ani grzeszna przyjemność za którą naszych bohaterów spotka kara jak to bywa w slasherach. Prawdziwym problemem jest wejście w dorosłość i nieuchronne pożegnanie się z beztroskim życiem. Widać to świetnie choćby na przykładzie sceny w kinie, kiedy Hugh pokazując małego chłopczyka mówi, że chętnie by się z nim zamienił miejscami, ale ten motyw wraca w filmie wielokrotnie. A dzięki wyczuciu Mitchella ten wątek jest zaprezentowany subtelnie i ze zrozumieniem młodych bohaterów. Ku interpretacji, że kluczowym elementem tej historii jest lęk przed dorosłością skłania mnie także forma jaką „coś” przybiera w dwóch kluczowych scenach – odpowiednio Matki i Ojca atakowanej postaci. Bo może tak właśnie działa „coś”, albo z tego korzysta. Przechwytuje lęki i wykorzystuje je przeciw ofierze? A czy nie jest tak, że rodzice, nawet Ci najbardziej kochani, pokazują nam na co dzień prozę życia, której będąc nastolatkami (i nie tylko) tak bardzo się boimy?


Zaprezentowanie młodych bohaterów to z resztą kolejna rzecz, która powoduje, ze „Coś za mną chodzi” to według mnie produkcja nietypowa i odświeżająca na swój sposób. Horror od lat jest uznawany za gatunek młodzieżowy. Ale pomimo tego, że to często kino o młodzieży i dla młodzieży, to nastolatki są wielu przypadkach portretowane jako banda nierozgarniętych dzieciaków, dla których szczytem ambicji jest impreza, alkohol, seks i narkotyki i nawet ich wzajemne więzi nie mają specjalnego znaczenia. Taki obraz pokutuje choćby w związku z popularnością slasherów i młodzieżowych horrorów lat 80-tych. Co ważne, także z tamtego okresu mamy skojarzenia (które są obecnie często wyśmiewane jak choćby w „Krzyku” Wesa Cravena), że seks to swoisty owoc zakazany, a postaci które będą się kochały na ekranie wkrótce spotka za to kara i (zasłużona) śmierć. A co zrobił Mitchell? Nakręcił horror młodzieżowy na poważnie. O młodzieży i dla młodzieży, z poszanowaniem i ze zrozumieniem dla ich lęków i ich potrzeb. Tu cała grupka bohaterów (która zresztą wypada znakomicie aktorsko i niemal w każdej scenie czuć pomiędzy postaciami chemię i nić porozumienia) ma w sobie oparcie, wspiera się w trudnych chwilach, wspólnie spędza te dobre i próbuje walczyć z tymi złymi. I to jest zaprezentowane zarówno w pozornie błahych scenach, jak i tych kluczowych, jak choćby w kapitalnej sekwencji wizyty całej grupy przyjaciół u Hugh. Tu wszyscy żyją zwyczajnie, bez wielkich dramatów. Praca, kino, randki, spacery. A także seks, zaprezentowany jakże inaczej niż w standardowym horrorze. Tak jak wspomniałem wcześniej – w tym filmie seks (co dla niektórych może nadal się wydawać szokującym podejściem) to po prostu jedna za składowych rzeczywistości. Ważna, ale ani nie nadmiernie demonizowana, ani nie sprowadzona do prostej mechaniki. I według mnie to świadoma decyzja twórcy, który tym samym nawiązując estetyką do kina lat 80-tych, wchodzi z nim w wyraźną dyskusję. 


Co z resztą jest dla mnie kolejną wielką zaletą tego filmu. Wspomniałem już wcześniej, że niemal od pierwszej sceny miałem skojarzenia z klasycznymi slasherami lat 80-tych i po seansie to wrażenie tylko się umocniło. Mitchell zna i czuje gatunek i konwencję, co pozwoliło mu zachować pewną estetykę i znane nam elementy i jednocześnie odcisnąć na całości swoje autorskie piętno. Skojarzenia z kinem tamtego okresu miałem na wielu płaszczyznach. Począwszy od lokacji i tematyki, poprzez pewne odniesienia do klasyki (może nadinterpretuję, ale scena jednego z morderstw to niemal cytat z „Koszmaru z ulicy wiązów”), a na muzyce skończywszy. Ale mnie najbardziej cieszy, że twórca nie ograniczył się tutaj do, tak często spotykanego w takich przypadkach, prostego mrugnięcia okiem do widza i rzucenia paru nawiązań. Mitchell wykorzystał znajome dekoracje aby opowiedzieć swoją wersję znanej opowieści.

Wspomniałem o muzyce i muszę się przynajmniej na chwilę przy niej zatrzymać. Bo to co zrobił Disasterpeace to jest mistrzostwo świata. Odwołując się do prostych, ale szalenie klimatycznych ścieżek dźwiękowych realizowanych choćby przez Johna Carpentera, wykorzystując elektroniczne instrumentarium, stworzył on nowoczesną, ale jednocześnie bardzo klasyczną muzykę. Muzykę, która rewelacyjnie sprawdza się zarówno jako ilustracja do tego co widzimy na ekranie, jak również samodzielnie świetnie potrafi zbudować nastrój. Tym bardziej, że twórcy czując jaki potencjał mają te utwory, zmyślnie w filmie je wykorzystali. Bardzo polecam Wam zapoznać się z tą ścieżką dźwiękową. 

„Coś za mną chodzi” to pod wieloma względami dzieło wybitne. Świetne aktorsko, perfekcyjnie przemyślane i zrealizowane, otwarte na mnogość interpretacji i stanowiące naprawdę świeży powiem w tym nieco skostniałym gatunku jakim jest horror młodzieżowy. Osobiście mam lekkie zastrzeżenia do samego finału, który jest bardzo dobry od strony estetycznej (począwszy od wykorzystania niezwykle klimatycznych, opuszczonych lokacji w Detroit, po starcie na basenie), ale od strony fabularnej jest,  nie wiem, naiwne? Pośpieszne? Z tym, że im więcej czasu mija od seansu, tym bardziej myślę, że to idealnie pointuje cały film. Bo czy film o nastolatkach, którzy z sympatii i szacunku dla siebie nawzajem będą gotowi się poświęcić i zrobić coś naiwnego i głupiego dla drugiej osoby mógł się zakończyć inaczej? Być może można to było zrobić lepiej, ale to i tak nie psuje odbioru całości tego wyjątkowego filmu. Polecam każdemu aby się z nim zapoznać, bo to dzieło niemal kompletne. Sprawdzające się jako horror, jak i młodzieżowy film obyczajowy. Zadziwiające, że to dzieło niemal debiutanta. Jeżeli tak wygląda jego zaledwie drugi film to wprost nie mogę się doczekać, czym David Robert Mitchell uraczy nas w przyszłości.