Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 września 2016

Star Wars Komiks - Darth Vader: Cienie i tajemnice

Nie zwalniamy tempa i zgodnie z obietnicą omawiamy na bieżąco komiksowe Gwiezdne Wojny od Marvela. Tym samym, po raz kolejny przy wsparciu Mando z podcastu Radio SK oraz Konglomeratu Podcastowego, bierzemy na warsztat drugi tom serii Darth Vader.


Jak rozwija się historia Mrocznego Lorda? Czy udało mu się odnaleźć młodego pilota, który zniszczył Gwiazdę Śmierci? Jak prezentują się sojusznicy Vadera, z Aprhą na czele? Oraz jak wygląda rasa matematyków? O tym i wielu innych kwestiach dowiecie się tylko z najnowszego odcinka podcastu!

Plik do pobrania:




Zapraszamy także do wcześniejszych odcinków, które możecie znaleźć pod tagiem Star Wars.




sobota, 9 lipca 2016

Carnivale

Krótko po dyskusji na temat "Banshee", zapraszamy na kolejny podcast o serialu. Na warsztat bierzemy, uznawany przez wielu za kultowy, serial "Carnivale". Mówię bierzemy, bo zaprosiłem na rozmowę wielkiego fana tej produkcji, czyli Michała Ochnika z bloga Mistycyzm Popkulturowy, podcastu Alchemia Gier (który mam przyjemność współtworzyć), podcastu Dziennik Pokładowy, a także autora słuchowisk takich jak "Planetoids", "Perdition", czy "Opowieści osobliwe".


Rozmawiamy o tym, czy serial przyjąłby się w dzisiejszych czasach, o różnicach pomiędzy sezonami, o wpływie mitologii na odbiór całości i wielu innych kwestiach.

W trakcie nagrania mieliśmy kolosalne problemy techniczne, więc jeżeli gdzieś będzie coś nie tak, przepraszamy. A i ważna informacja - poruszamy w paru miejscach kwestie, które mogą być uznane za spojlery, ale naszym zdaniem tej produkcji nie można w ten sposób zepsuć. Życzymy zatem przyjemności w trakcie słuchania!

Plik do pobrania:



niedziela, 19 czerwca 2016

Star Wars Komiks - Gwiezdne Wojny: Walka na Księżycu Przemytników

Ostatnio nadrobiliśmy zaległości, a dziś zataczamy koło i powracamy do głównej, marvelowskiej serii z uniwersum, czyli Star Wars Jasona Aarona. Zapraszamy zatem razem z Mando z podcastu Radio SK oraz świeżo sformalizowanego Konglomeratu Podcastowego na podcast. Dowiecie się jak rozwiązano kontrowersyjny cliffhanger z pierwszego tomu, jakie nowe dyskusyjne rozwiązania zaproponował Aaron, jak wypada pierwszy oneshot włączony do głównej serii i czy nowi rysownicy dali radę. A dodatkowo dyskutujemy przyszłość Star Wars Komiks w Polsce, które to kwestie przedstawiciele Egmontu w ostatnim czasie zasygnalizowali.


Poprzednie odcinki:

Star Wars Komiks "Darth Vader/Rozbite Imperium"

Star Wars Komiks "Leia"/"Lando"

"Przebudzenie mocy"



"Cienie Imperium" - Legendy Star Wars 

poniedziałek, 9 maja 2016

"The Witch" Robert Eggers



Po ubiegłorocznym festiwalu Sundance zrobiło się dość głośno o filmie Roberta Eggersa „The Wich: A New England Folktale” (znanym również pod stylizowanym tytułem „The VVitch”). Debiutujący Amerykanin został tam nagrodzony za reżyserię, a w miarę jak film trafiał do większego grona odbiorców, słychać było coraz więcej głosów wieszczących, że mamy do czynienia z prawdziwym arcydziełem. Dzięki sekcji „Strach się bać”, którą zaserwowano nam w ramach tegorocznego festiwalu Netia Off Camera, także polscy widzowie mogli się przekonać o jakości tego dzieła. Czy faktycznie dostaliśmy najlepszy horror XXI wieku?

„The Witch” opowiada historię purytańskiej rodziny, która w XVII wieku zostaje wygnana z plantacji położonej gdzieś w Nowej Anglii. Wygnańcy decydują się na założenie farmy na skraju mrocznego lasu. Po początkowej sielance, nagłe zniknięcie niedawno, narodzonego synka, staje się punktem zapalnym zapoczątkowującym falę niepokojących zdarzeń. Celowo nie chciałbym wchodzić na tym etapie w szerszy opis filmu, odradzam nawet oglądanie jego trailerów. Będąc bowiem po seansie, uważam, że im mniej wiemy o tym co finalnie dostaniemy tym lepiej, a do tego odnoszę wrażenie, że fama horrorowego arcydzieła i w podobnym tonie utrzymana kampania promocyjna, mogą wpłynąć negatywnie na wrażenia wielu widzów. Ale po kolei.

 
Eggers, który wspomina, że jego zainteresowania tematyką wiedźm sięgają dzieciństwa, zdecydował się postawić na maksymalny realizm świata przedstawionego. Spędził nad badaniami sporo czasu, współpracował z muzealnikami i historykami, tak aby wszystko co zobaczymy na ekranie wyglądało autentycznie. I to widać w każdym najdrobniejszym szczególe scenografii, kostiumów, a nawet dialogów, które zostały napisane w XVII wiecznej angielszczyźnie i zostały oparte na dokumentach z epoki, w tym na zapisach z procesów czarownic. I ta dbałość o detale, w połączeniu ze świetnymi zdjęciami i rewelacyjną muzyką nadaje ton tej opowieści i buduje doskonały niepokojący klimat. 

Widać niemalże w każdym kadrze, że Eggers wie jak wykorzystać kino gatunkowe, w tym przypadku horror, aby z jednej strony opowiedzieć konkretną historię, a z drugiej pobawić się trochę z widzem i jego oczekiwaniami. Świetnie ilustruje to już jedna z pierwszych scen filmu, w której śledzimy podróż wygnańców, którzy szukają miejsca na farmę. Kiedy wybierają w końcu lokalizację, twórca serwuje nam kapitalne ujęcie w którym zwykły las, pozornie standardowa dzicz, budzi w widzach nieokreślony lęk. Odbiorcy przyzwyczajeni do horrorowych sztuczek już wiedzą, oczekują, że za tą leśną granicą coś czyha. Pytanie tylko kiedy nasza rodzina z tym czymś się zmierzy. I Eggers tego rodzaju zabiegów stosuje dużo, przy czym nie są to proste sztuczki, a elementy konsekwentnie budowanej opowieści. Pozornie dość szybko karty zostają przed widzami odkryte. Najmłodszy członek rodziny znika, a na krótką, upiorną scenę pojawia się nawet tytułowa wiedźma. Ale tak naprawdę, to zaledwie początek tej historii.

Historii, która choć konsekwentnie budowana jako opowieść grozy, sprawdzająca się w tym zresztą bardzo dobrze, daleko ciekawsza jest na kilku innych poziomach. Dla mnie bowiem, to przede wszystkim rodzinny dramat najwyższej próby. Znikniecie najmłodszego syna staje się katalizatorem wielu problemów. Matka zaczyna przechodzić kryzys wiary i zatraca się w rozpaczy, zaniedbując pozostałych domowników. Ojca zaczyna prześladować poczucie winy, że nie jest w stanie zapewnić rodzinie godniej egzystencji, a nawet elementarnego poczucia bezpieczeństwa. U starszego syna zaczynają buzować hormony i w ramach swoistej próby męskości próbuje ratować sytuację na własną rękę. Starsza córka zaczyna się interesować szerokim światem i stopniowo zaczyna kwestionować religijne dogmaty. A oczywiście są jeszcze najmłodsze bliźnięta, psocące na potęgę i rozmawiające z kozłem. A może szatanem? Eggers bardzo sprawnie i wiarygodnie rozgrywa te wszystkie konflikty. Wraz z narastaniem problemów, wzajemne pretensje eskalują, sytuacja robi się coraz bardziej dramatyczna i zaczynamy zmierzać do nieuchronnego przesilenia. 

Przy czym te rodzinne konflikty to tylko pierwsza warstwa tego dramatu. Kolejna, równie istotna to kwestia religijna, która  pojawia się już w pierwszej scenie filmu. Przecież rodzina zostaje wygnana właśnie ze względu na odmienne poglądy w kwestiach wiary. Nigdy nie dowiadujemy się co było źródłem tego konfliktu, ale już na tym etapie widać jak istotnym składnikiem, nawet ich codziennego życia, jest religia. I kiedy stają w obliczu straty dziecka, widma głodu i innych problemów, pojawia się kryzys wiary, który z kolei napędza poczucie winy związane z tym, że obwiniają Boga o to w jakim położeniu się znaleźli. A w końcu zaczynają się doszukiwać w różnych zdarzeniach działania sił nieczystych. 

I w tym miejscu wychodzi na pierwszy plan wątek stricte horrorowy. Naprawdę czuć, że Eggers wie jak stworzyć klimatyczną i upiorną scenę. Często prostymi i pozornie wyświechtanymi zabiegami udaje mu się skutecznie straszyć i wybijać widza ze strefy komfortu. W czym wydatnie pomaga rewelacyjna ścieżka dźwiękowa Marka Korvena, który z jednej strony opiera się na minimalistycznych dźwiękach i aranżacjach, aby za chwilę uderzyć w upiorne, pogańskie, chóralne zaśpiewy (miałem skojarzenia z tym co stworzył Jerry Goldsmith do „Omenu), które autentycznie mrożą krew w żyłach. Co ciekawe, Amerykanin przez większość filmu zgrabnie gra niedopowiedzeniem, dając widzom różne tropy i możliwości interpretacji wielu wydarzeń, tak że często nie wiemy czy dane kwestie mają podłoże nadnaturalne, czy wbrew pozorom bardzo prozaiczne. 

Chwalę w zasadzie wszystkie elementy filmu, ale czas dorzucić łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Po pierwsze, tak jak wspomniałem na początku, mam wrażenie, że sprowadzenie „The Witch” do horroru jest błędem. Czy może precyzyjniej, nie tyle błędem, co może wywołać u wielu współczesnych widzów określone oczekiwania. I oczywiście groza jest tu namacalna, ale też tempo filmu, rozkład akcentów, czy podejmowana tematyka powodują, że nastawienie się na horror, może skutkować lekkim rozczarowaniem. Oczywiście to problem psychologii odbiorców, a nie samego filmu, ale też jeszcze raz podkreślę, według mnie „The Witch” najlepiej sprawdza się jako okultystyczno-religijny dramat rodzinny. Drugim problemem jest finał. Eggers dokręca śrubę, kończy z dosłownością i serwuje nam mocny finał ,kładąc jednak nacisk na element baśni, który pojawia się w podtytule. I to mi się trochę gryzie z całością filmu, ale jako, że z tego co widzę to jest to teza dość kontrowersyjna, to postaram się opowiedzieć nieco więcej o tym w sekcji spojlerowej za chwilę.

Pomimo tych drobnych uwag „The Witch” to jeden z najciekawszych horrorów jakie mogliśmy w ostatnim czasie zobaczyć. Wpisuje się on zresztą w ciekawy trend jaki możemy zaobserwować. „Babadook”, „Coś za mną chodzi”, „Gwiazdy w oczach”, „The Witch”. Wszystkie te filmy to dzieła niezależne, często autorskie filmy debiutantów, lub twórców z małym dorobkiem. Wszystkie mają na pierwszym planie silną kobiecą postać i oprócz warstwy stricte horrorowej, serwują ciekawe wątki społeczno-obyczajowe. W końcu wszystkie okraszone są doskonałą muzyką, w przypadku każdego z filmów skrajnie różną, ale równie wyśmienitą. Wniosek wydaje się prosty. Każdy kto uważa, że współczesny horror zjada własny ogon, powinien po prostu poszukać nieco głębiej i wyjść poza hollywoodzką sztampę, a może się bardzo przyjemnie zaskoczyć.





Dla osób niebojących się spojlerów lub tych które są już po seansie chciałbym jeszcze rozwinąć kwestię zakończenia.

Wspomniałem, że finał gryzie mi się z całością. Mój podstawowy problem nie polega na samym rozwiązaniu fabularnym. W toku filmu, wraz z narastaniem zdarzeń, które możemy interpretować jako działanie złych mocy (krwawe mleko, kruk wydziobujący Matce pierś, kozioł, śmierć starszego Syna po wizycie w chacie Wiedźmy) założyłem, że starsza Siostra – Thomasin, jako najbardziej otwarta na świat przeżyje, ale kosztem odejścia od wiary. Może nawet taki był diabelski plan na pozyskanie nowej wyznawczyni? A może tylko ona nie poddała się narastającemu szaleństwu? W końcu sam Eggers w jednym z wywiadów zasugerował, że kukurydza i zboże było zarażone sporyszem, który może mieć właściwości halucynogenne i przez niektórych badaczy był uważany za jedną z przyczyn paranoicznych zachowań osadników z okresu polowań na czarownice. Nie ważne jednak, ku której wersji wydarzeń się skłaniamy, przez cały film twórca bardzo sprawnie igra z widzami. W finale jednak ta subtelność w prowadzeniu opowieści zostaje zarzucona i otrzymujemy domknięcie, które przynajmniej według mnie, nie pozostawia miejsca na interpretacje. Thomasin podpisuje cyrograf (scena w szopie i rozmowa z Szatanem to najsłabsza scena filmu) i staje się wiedźmą. I choć pozornie nadal możemy ten finał traktować jako kolejny poziom halucynacji, to jednak sposób poprowadzenia tej sceny, widok sabatu, czy wznosząca się w powietrze Thomasin, dla mnie nie pozostawiają złudzeń. I mam z tym lekki problem, bo zdecydowanie bardziej wolałbym podobne do reszty opowieści, zniuansowane zakończenie. Może Thomasin przekraczającą próg wiedźmiej chaty? Można było to rozegrać inaczej. Przy czym to nie jest tak, że finał popsuł cały film. Po prostu trochę zaskoczyło mnie tak silne i bezpośrednie pociągnięcie całości w kierunku nadnaturalnym. Pomimo to, bawiłem się świetnie i uważam „The Witch” za film zdecydowanie godny uwagi i pochwał jakie zewsząd pod jego adresem płyną. To jeden z tych obrazów, który wywołuje dyskusje, zmusza do refleksji (obserwowanie rozkładu podstawowej komórki ładu, jakim jest w tym filmie rodzina, było dla mnie naprawdę silnym doświadczeniem) i straszy. Mam nadzieję, że może, podobnie jak w przypadku „Bone Tomahawk”, jeszcze doczekamy się tego filmu w kinach, w szerokiej dystrybucji.  


piątek, 22 kwietnia 2016

Star Wars Komiks - Darth Vader/Rozbite Imperium

Wespół z Mando z Radio SK postanowiliśmy kuć żelazo póki gorące i szybko nadrobić zaległości w dotychczas wydanych tomach Star Wars Komiks. Tym samym dziś serwujemy kolejny podwójny odcinek, w którym omawiamy otwarcie jednej z flagowych serii nowego, komiksowego uniwersum, czyli "Dartha Vadera" oraz "Rozbite Imperium", które stanowiło część projektu "Droga do Przebudzenia mocy".

Jeżeli chcecie się dowiedzieć jak wygląda zła wersja duetu kultowych droidów, czy w Gwiezdnych Wojnach jest miejsce dla Indiany Jonesa oraz jak bardzo nie ogarniam dynamicznych kadrów w komiksach, zapraszamy na odcinek.


Plik do pobrania:

Poprzednie odcinki:

Star Wars Komiks "Leia"/"Lando"

"Przebudzenie mocy"



"Cienie Imperium" - Legendy Star Wars 

wtorek, 19 kwietnia 2016

"Antiviral" Brandon Cronenberg



Festiwal Transatlantyk, w ramach ubiegłorocznej edycji, zaprezentował selekcję filmów z konwencji „body horror”, czyli tak przeze mnie lubianego horroru cielesnego. Postanowiłem, że obejrzę i postaram się omówić co ciekawsze, a może nawet wszystkie, filmy jakie w ramach tego wyboru pokazano. Czasem życie weryfikuje jednak takie postanowienia dość boleśnie. Najpierw dotarłem do kina na raptem jeden film, a potem ciągle coś wyskakiwało, uniemożliwiając realizacje planów. Planów, których jednak nie porzuciłem i mam nadzieje, że dzisiejszym tekstem rozpoczniemy mały cykl. Czy raczej będziemy kontynuować, ale o tym za chwilę.

Jako, że zaczynamy nieformalny cykl, chciałbym zacząć jednak od definicji. Horror cielesny, to konwencja którą teoretycznie większość widzów i czytelników podskórnie „czuje”. Wiadomo - Cronenberg, Barker, mutacje, deformacje, cielesność w różnych postaciach. I tak jak dość łatwo wyczuć, czy coś mieści się w ramach konwencji, tak sam body horror nie doczekał się jednej, ogólnie przyjętej definicji. A przynajmniej ja się takowej nie doszukałem. Aby nakreślić jednak pewne ramy, możemy przyjąć, że podstawowym wyznacznikiem konwencji jest anatomiczna niepoprawność, zmiana w wyglądzie lub funkcjonowaniu organizmu. Różne mogą być przyczyny takiego stanu – choroby, mutacje, modyfikacje, pasożyty, czy inne czynniki doprowadzające do finalnej przemiany. Przy czym oczywiście skala tych odchyleń może być bardzo różna od fundamentalnych, do pozornie bardzo niewielkich. 

 
I właśnie z takimi pozornie niewielkimi zmianami, przynajmniej na pierwszym planie, mamy do czynienia w debiutanckim filmie Brandona Cronenberga, syna słynnego klasyka body horroru. Akcja „Antiviral” przenosi nas w niedaleką przyszłość, w której kult celebrytów został podniesiony o kolejny poziom. Poznajemy Syda Marcha (w tej roli Caleb Landry Jones, który wypada w tej roli znakomicie, dźwigając na swych barkach niemalże cały film), który pracuje w korporacji Lucac Clinic, zajmującej się wszczepianiem ludziom wirusów, pobranych wcześniej od znanych osobistości. Syd dorabia dodatkowo, nielegalnie wszczepiając sobie wirusy, które są dostępne w ofercie korporacji, a następnie robiąc z nich preparaty możliwe do odsprzedania na czarnym rynku. Proceder kwitnie, do momentu kiedy Syd dowiaduje się, że wirus pobrany od najważniejszej gwiazdy współpracującej z Lucas Clinic, doprowadził do jej zgonu, a on sam ma kilka dni na znalezienie skutecznego lekarstwa. Rozpoczyna się więc walka z czasem.

Zacznę nietypowo, bo od narzekania. Dla Cronenberga „Antiviral”, był pierwszym autorskim filmem. Nie tylko go wyreżyserował, ale także napisał scenariusz. I trochę to czuć, głównie na poziomie bazowej intrygi, którą wcześniej zarysowałem. Historia naprawdę wciąga, ale w trakcie seansu miałem nieodparte wrażenie jakby coś mi umykało, czegoś tu brakowało i znalazło to odzwierciedlenie w samym finale. Samo rozwiązanie intrygi,  okazało się być z jednej strony mocno przekombinowane, a z drugiej w sumie dość prozaiczne i jakieś takie „zwyczajne”, szczególnie w zestawieniu z fantastycznie wykreowaną wizją świata przedstawionego. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że twórca wyłożył się, kolokwialnie mówiąc, na głównej osi fabularnej. Po prostu punkt wyjścia i konstrukcja rzeczywistości, mam wrażenie stwarzała większe pole do popisu.

I to tak naprawdę jedyny poważniejszy minus filmu. Pozostałe elementy wypadają tu bowiem świetnie i przemawiają do mnie na wielu różnych poziomach. Począwszy od strony wizualnej, która opiera się na silnych kontrastach. Z jednej strony mamy maksymalnie zimne i sterylne wnętrza. Laboratoria, poczekalnie, mieszkanie Syda, miejsca publiczne. Wszystkie te lokalizacje są puste, przedstawione często tylko w czerni i bieli, pozbawione niemalże elementów dekoracyjnych, przełamane jedynie gdzieniegdzie jakimś intensywnym kolorem. W tych miejscach przewijają się równie sterylni ludzie. I to wszystko mamy zestawione z podskórnym brudem, mrocznymi zaułkami czarnego rynku i chorobami trawiącymi, często na ich własne życzenie, ludzi. Oglądając ten film byłem pod wrażeniem jak bardzo jest plastyczny, jak Cronenberg panuje nie tylko nad tym co nam chce pokazać, ale także jak chce to zrobić. Dostajemy wiele kapitalnie skomponowanych ujęć. Syd przesiadujący pod banerem reklamowym, pobranie wirusów od gwiazdy, procedura wszczepiania wirusów, czy nawet mieszkanie Syda. Wszystko świetnie rozegrane na kontrastach szpetota/uroda, sterylność/brud, zdrowie/choroba. I trzymam się na razie rzeczy tych bardziej zwyczajnych. 

Bo rzecz zasługująca na najwyższe uznanie i wypadająca świetnie to konstrukcja świata. Tak jak wspomniałem, mamy tu do czynienia z kultem celebrytów przeniesionym na wyższy poziom. Zwykli ludzie płacą, aby połączyć się ze swymi idolami w skrajnie intymny sposób, współdzieląc te same wirusy. Ale to część procederu. Oprócz tego prężnie rozwinął się przemysł mięsny, gdzie z komórek celebrytów jest hodowane mięso, które jest później sprzedawane jako ekskluzywne pożywienie. I to nadal nie jedyny element tej ponurej wizji. Cronenberg tutaj naprawdę rozwija skrzydła, pokazując jak dobrze czuje konwencję horroru cielesnego.  Co ważne, łączy on tutaj wizualny horror cielesny (scen hodowli komórek długo nie zapomnę), z czymś co w tej konwencji często jest niesłusznie marginalizowane (a według mnie stanowi jeden z najciekawszych jej aspektów), czyli filozoficzną podbudową. Gdzieś bowiem za intrygą, którą śledzimy pada wiele interesujących pytań. Jak daleko możemy się posunąć w kulcie gwiazd? Wielu z Was pomyślało sobie, w trakcie lektury tego tekstu – wszczepianie wirusów, hodowla mięsa? Co za bzdury! Czyżby? Cronenberg pokazuje nam różne materiały telewizyjne z życia gwiazd. Czy ta fikcja odbiega daleko od współczesnej rzeczywistości? Zresztą już mamy przecież do czynienia z rynkiem różnego rodzaju gadżetów związanych z celebrytami. Ludzie kupują wszystko, od prywatnych zdjęć, po brudną bieliznę. Co będzie dalej? A może właśnie handel wirusami? Czy w końcu nie jest to pewna forma intymności? Jak to mówi Syd do jednego z klientów sprzedając mu opryszczkę „Czy podać w lewą wargę? Będzie Pan miał poczucie jakby Pana w tym miejscu pocałowała”. 

 
Cronenberg zgrabnie rozgrywa tę warstwę „filozoficzną”, ale absolutnie się do niej nie ogranicza, serwując na wizualnie wiele mistrzowsko obrzydliwych i szokujących scen o różnym stopniu natężenia. Mamy więc różne stadia choroby, zbliżenia zabiegów medycznych, krew czy w końcu różne formy tkankowego życia. Co ważne, tutaj też twórca zadbał aby dobrze zaprezentować to wszystko, ciekawie gra kontrastami i bardzo dobrze komponuje poszczególne kadry i ujęcia, wszystko aby wywołać u widza określone reakcje. I to z sukcesami.

„Antiviral” to ciekawy przykład autorskiego kina gatunkowego. Niewielki budżet i brak głośnych nazwisk w obsadzie, zostają zrekompensowane z nawiązką świetnie zrealizowaną i przemyślaną stroną audio-wizualną (nie wspomniałem wcześniej o muzyce, a minimalistyczna i lodowata ścieżka dźwiękowa E.C. Woodleya wypada wyśmienicie) oraz upiornie pomysłową i dobrze przemyślaną wizją świata. A wspominam o kinie autorskim, bo według mnie sama fabuła wydaje się być relatywnie mało istotna, w gruncie rzeczy dość schematyczna i jest najsłabszym punktem tego intrygującego filmu. Jeżeli lubicie horror cielesny, albo filmy, które potrafią widzem trochę potrząsnąć i skłonić do refleksji serdecznie polecam. Warto sprawdzić kinowy debiut młodego Cronenberga (tak samo jak poczytać debiut starszego, czyli "Skonsumowaną").

I na zakończenie chciałbym odesłać Was moi drodzy na Nekropolitan, gdzie w Nawiedzonym Podcaście omówiliśmy z Szymasem już jakiś czas temu inny film z tego cyklu, czyli "Robale" Jamesa Gunna. I już zapraszam na kolejne odsłony cyklu. Dużo ciekawych i dziwnych filmów przed nami.


środa, 27 stycznia 2016

"Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy"

W kolejnym odcinku nieregularnego cyklu poświęconego uniwersum "Gwiezdnych Wojen" zabieramy się w końcu, wespół z Mando z Radio SK, Kombinatu, Nawiedzonego Podcastu i wielu innych projektów, za Epizod VII - "Przebudzenie Mocy".

Rozmowa jest spojlerowa dlatego słuchaczy, którzy jeszcze tego filmu nie widzieli, najpierw zachęcamy do nadrobienia zaległości. Na pozostałych czeka ponad półtorej godziny dyskusji, w trakcie której zastanawiamy się czy Rey jest niepokalanie poczęta z Mocy, rozmawiamy dlaczego prequele są lepsze od nowego filmu, a Mando wspomina o planowanym, wiekopomnym one shocie komiksowym z C3PO w roli głównej. Zapraszamy do słuchania!





Poprzednie odcinki:



 


poniedziałek, 7 grudnia 2015

"Skonsumowana" David Cronenberg

Odnoszę wrażenie, że ostatnio coraz rzadziej jestem pozytywnie zaskoczony lekturą jakiejś książki. To nie jest tak, ze czytam tylko rozczarowujący chłam. Raczej po prostu najczęściej wiem co nieco o książce i/lub autorze, co pozwala mi wyrobić sobie pewien obraz przed lekturą. Taka sytuacja powoduje, że trudniej o rozczarowanie, ale z drugiej strony kiedy trafisz na coś naprawdę dobrego, nie ma tego „efektu wow”. Zabierając się do „Skonsumowanej” Davida Cronenberga, teoretycznie powinienem mieć wygórowane oczekiwania. Naczelna chwaliła (z drobnymi uwagami) tę powieść w swej recenzji na Carpe Noctem, a do tego mówiło się sporo o książce jako o powrocie Cronenberga do jego ulubionej tematyki, czyli horroru cielesnego – konwencji, której jestem wiernym fanem. Ale z drugiej strony „Skonsumowana” to literacki debiut i książka, która mimo pozytywnych opinii nie odbiła się raczej szerokim echem. Do tego sam twórca w ostatnich latach porzucił przecież swoje obsesje, serwując skrajnie inne kino w stosunku do tego, z jakim jest głównie kojarzony. Krótko mówiąc: kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać.

 
Zarys fabuły „Skonsumowanej” i sam początek powieści nie oddaje tego, z jak wielowątkową i wielowymiarową historią przyjdzie nam obcować. Poznajemy dwójkę reporterów. Ona – Naomi – specjalizuje się w zbrodniach. On – Nathan – zafascynowany jest medycyną. Funkcjonują w dość skomplikowanej relacji opartej na miłości do zdjęć, swej pracy i technologii. Naomi postanawia zająć się tematem, który bulwersuje opinię publiczną we Francji. Znany i szanowany filozof Aristide Arosteguy znika bez śladu krótko po tym, jak w ich wspólnym mieszkaniu zostaje znaleziona jego wieloletnia partnerka Celestine, poćwiartowana i częściowo zjedzona. Nathan tymczasem wyjeżdża na spotkanie z doktorem Molnarem, chirurgiem, który słynie z podejmowania nietypowych i kontrowersyjnych terapii.

Cronenberg z łatwością potrafi wciągnąć czytelnika w swój świat, co jest zaskakujące z dwóch powodów. Pierwszym jest kwestia języka. Choć całość jest napisana bardzo sprawnie, to Cronenberg zasypuje nas kolosalną ilością danych technicznych i szczegółowych opisów aparatów, telefonów komórkowych, parametrów zdjęć i różnego rodzaju sprzętu elektronicznego. Mnie osobiście, jako osobę średnio zainteresowaną takimi kwestiami trochę to męczyło, a momentami wręcz wybijało z lektury. Choć rozumiem, że z perspektywy twórcy był to świadomy wybór formy opisu postaci, dla których technologia jest jak powietrze. Po drugie, powieść przez bardzo długi okres czasu stanowi zlepek różnych wątków, które wydają się ze sobą nie łączyć. Śledzimy przeplatające się losy Naomi i Nathana, rozwój śledztwa w sprawie Arosteguyów oraz medyczne projekty i zastanawiamy się dokąd to wszystko prowadzi. Taka konstrukcja powieści mogłaby ją pogrążyć, a tymczasem Cronenberg nie tylko wychodzi z tego obronną ręką, ale ta mieszanka okazuje się być zaiste wybuchowa.

Początek powieści mnie zwyczajnie zachwycił i jestem pewien, że fani autora poczują się jak w domu. Mamy tu bowiem pełne spektrum tematów, z jakimi wcześniej Cronenberg się mierzył. Kontrowersyjna i wyuzdana seksualność, transgresja, cielesne deformacje i perwersje, a wszystko to podszyte technologią, filozofią i kwestiami socjologicznymi. Choć początkowo nie dane jest nam złapać pełnego obrazu, to te poszczególne sekwencje i wątki są prowadzone znakomicie. Co widać świetnie na przykładzie chyba najlepszej części powieści, czyli wizyty Nathana u niezwykłego chirurga i jego udziału w kontrowersyjnej operacji kobiety chorej na raka piersi.

Siłą tej prozy są dwie podstawowe kwestie. Rewelacyjnie nakreślone postaci – których mnóstwo przewija się na kartach tej powieści – jak i świetnie skonstruowane pojedyncze sceny. I jak to u Cronenberga: tu praktycznie nikt nie jest w pełni „normalny” w tradycyjnym ujęciu tego słowa. Ale ani przez moment nie mamy poczucia obcowania z fikcyjnymi bytami. Twórcy udała się trudna sztuka stworzenia postaci, często bardzo złożonych, dziwacznych, które nie są przeszarżowane. A patrząc choćby na doktora Molnara, mam poczucie, że w wielu przypadkach niebezpiecznie zbliżał się do granicy, za którą czekały postaci śmieszne i karykaturalne. Całe szczęście nigdy jej nie przekroczył. Druga sprawa to kapitalnie napisane sceny, często krótkie i teoretycznie nieistotne z punktu widzenia głównej fabuły (przywołam choćby motyw rozmowy o pięknie i śmiertelnych chorobach, który w mojej ocenie jest sam w sobie czymś, dla czego warto sięgnąć po tę książkę). Zresztą obie te kwestie się ze sobą bezpośrednio łączą i powodują, że możemy podziwiać niesamowitą, żywą i pełną szczegółów kreację świata przedstawionego, w którym czasem pozornie błaha scena może mieć duże znaczenie dla późniejszej akcji. Albo okazać się samodzielną perełką.


I tak zachwycam się tą powieścią, ale trzeba dodać łyżeczkę dziegciu do tej beczki miodu. Bo mniej więcej w połowie książki narracja się zmienia i zamiast przeplatających się historii dostajemy długi i bardzo szczegółowy monolog. Ta pełna dziwacznych motywów i wątków opowieść stanowiła tak nagły zwrot, że początkowo poczułem się mocno skonsternowany. To nie jest coś, co drastycznie obniża moją ocenę, tym bardziej, że z perspektywy finału należy docenić także ten element. Ale można to było moim zdaniem zrobić lepiej. I zdecydowanie warto, aby czytelnik był minimalnie na to przygotowany, bo ten segment może znużyć i nieco zirytować jako wyraźnie odstający od reszty tej zadziwiającej powieści.

Zadziwiającej, bo choć nie jest pozbawiona wad, to po lekturze stwierdziłem, że dawno nie miałem do czynienia z tak świeżą i unikatową powieścią. Nawet trudno mi ją jednoznacznie zaklasyfikować gatunkowo – tyle różnych, czasem pozornie nieprzystających elementów udało się Cronenbergowi tutaj zawrzeć. Mamy liczne, świetnie poprowadzone wątki rodem z horroru cielesnego (opis pewnej nocnej kolacji to prawdziwy, nomen omen, rarytas). Mamy zagadkę kryminalną. Mamy tu wątki filozoficzne, bo fakt, że Arostoguyowie byli uznanymi naukowcami ma w tej powieści istotne, wymierne znaczenie i wielokrotnie będzie nam dane się mierzyć z ich poglądami. A to wszystko zostało podlane cronenbergowską erotyką i szczyptą czarnego humoru. Wygląda przyznacie, na dziwaczne połączenie. Ale jak się to czyta! Cronenberg okazał się wyjątkowo sprawnym autorem i stworzył wielowątkową historię, która została przez niego drobiazgowo rozpisana i rozplanowana, tak aby wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsca w wielkim finale.

Finale co do którego, przyznam się, miałem początkowo mieszane uczucia i który zostawił mnie dość mocno skonsternowanego. Po pierwsze, całość zostaje domknięta jakby w pośpiechu, a przynajmniej ja odniosłem wrażenie, jakby od pewnego momentu nagle akcja bardzo przyśpieszyła. Po drugie samo rozwiązanie historii – pewnych rzeczy można się było domyślić, ale niektóre rozwiązania jakie nam zaserwowano są… dalekie od typowych. Naprawdę nie wiedziałem, co o tym sądzić, ale teraz z perspektywy krótkiego czasu, jaki minął od lektury, jeszcze mocniej doceniłem kunszt Cronenberga. W tym gorzkim zakończeniu nie tylko udało się mu bowiem zgrabnie domknąć wszystkie wątki, ale oberwało się także mediom, naukowcom, kapitalistom i komunistom. W jednym ruchu. Chapeau bas!

Jeżeli jeszcze macie wątpliwości to powiem to dosadnie: koniecznie powinniście spróbować „Skonsumowanej”. To nie jest powieść dla każdego i wielu może odrzucić ją jako zbyt dziwaczną i niesmaczną, ale myślę, że znajdzie też swoich wiernych fanów. Choć nie jest to proza bez wad, zdecydowanie jest to jedna z niewielu książek w ostatnim czasie, które mnie autentycznie porwały. Mało tego, to jedna z tych powieści  co do której jestem przekonany, że śmiało będzie można sięgnąć po nią za jakiś czas i znaleźć nowe elementy i motywy pominięte w trakcie pierwszej lektury. Kompletnie się tego nie spodziewałem. I muszę się przyznać, że dać się tak pozytywnie zaskoczyć to fantastyczne uczucie.