Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiks. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 października 2016

Star Wars Komiks - Osaczony Vader

W październiku pojawił się długo wyczekiwany crossover dwóch podstawowych, gwiezdnowojennych serii Marvela, czyli "Osaczony Vadder". Nie czekaliśmy długo i wraz z Mando z Radio SK oraz Konglomeratu Podcastowego zasiedliśmy do lektury. I nagrania.



W odcinku Mando serwuje solidną porcję wiadomości z komiksowego świata Gwiezdnych wojen, Jerry filozofuje na temat crossoverów, a wspólnie chwalimy wiele rozwiązań zaserwowanych w tym tomie i dywagujemy na temat "Łotra 1". Zapraszamy do odsłuchu!

Plik do pobrania:


Zapraszamy oczywiście w kliknięcie w odpowiedni tag, który przeniesie Was do poprzednich odcinków!



środa, 14 września 2016

Star Wars Komiks - Darth Vader: Cienie i tajemnice

Nie zwalniamy tempa i zgodnie z obietnicą omawiamy na bieżąco komiksowe Gwiezdne Wojny od Marvela. Tym samym, po raz kolejny przy wsparciu Mando z podcastu Radio SK oraz Konglomeratu Podcastowego, bierzemy na warsztat drugi tom serii Darth Vader.


Jak rozwija się historia Mrocznego Lorda? Czy udało mu się odnaleźć młodego pilota, który zniszczył Gwiazdę Śmierci? Jak prezentują się sojusznicy Vadera, z Aprhą na czele? Oraz jak wygląda rasa matematyków? O tym i wielu innych kwestiach dowiecie się tylko z najnowszego odcinka podcastu!

Plik do pobrania:




Zapraszamy także do wcześniejszych odcinków, które możecie znaleźć pod tagiem Star Wars.




niedziela, 19 czerwca 2016

Star Wars Komiks - Gwiezdne Wojny: Walka na Księżycu Przemytników

Ostatnio nadrobiliśmy zaległości, a dziś zataczamy koło i powracamy do głównej, marvelowskiej serii z uniwersum, czyli Star Wars Jasona Aarona. Zapraszamy zatem razem z Mando z podcastu Radio SK oraz świeżo sformalizowanego Konglomeratu Podcastowego na podcast. Dowiecie się jak rozwiązano kontrowersyjny cliffhanger z pierwszego tomu, jakie nowe dyskusyjne rozwiązania zaproponował Aaron, jak wypada pierwszy oneshot włączony do głównej serii i czy nowi rysownicy dali radę. A dodatkowo dyskutujemy przyszłość Star Wars Komiks w Polsce, które to kwestie przedstawiciele Egmontu w ostatnim czasie zasygnalizowali.


Poprzednie odcinki:

Star Wars Komiks "Darth Vader/Rozbite Imperium"

Star Wars Komiks "Leia"/"Lando"

"Przebudzenie mocy"



"Cienie Imperium" - Legendy Star Wars 

sobota, 16 kwietnia 2016

Star Wars Komiks - Księżniczka Leia/Lando

Wespół z Mando z Radio SK powracamy z kolejnym odcinkiem poświęconym uniwersum Gwiezdnych Wojen. Tym razem serwujemy double feature o dwóch zamkniętych mini seriach - "Księżniczka Leia" oraz "Lando", które zostały zaprezentowane w Star Wars Komiks nr 3 i 4.

Szczególnie ten pierwszy był dość szumnie zapowiadany i wyczekiwany przez fanów, bo umówmy się "Lando" chyba nie wywoływał aż takiej ekscytacji. A jak to wyszło? Czy Leia spełniła oczekiwania, czy może jednak to Lando wyszedł zwycięsko z tego pojedynku? Aby się o tym przekonać zapraszamy do wysłuchania naszego podcastu.



Poprzednie odcinki:



"Cienie Imperium" - Legendy Star Wars 

czwartek, 17 grudnia 2015

Dlaczego warto sięgnąć po "Locke&Key"



Wydawnictwo Taurus Media podjęło się wprowadzenia na nasz komiksowy rynek wychwalanej, zarówno przez krytyków jak i czytelników, serii Joe Hilla i Gabriela Rodrigueza „Locke&Key”. Niedawno ukazał się czwarty tom cyklu, czyli „Klucze do królestwa”, a ja zakończyłem powtórkę całości. Wiele osób już dało się oczarować urokowi tego komiksu, ale część pewnie jest nadal oporna. Postanowiłem zatem opowiedzieć dlaczego moim skromnym zdaniem całość wypada tak rewelacyjnie i dlaczego każdy kto jeszcze zwleka z lekturą powinien czym prędzej zacząć nadrabiać zaległości.

Uwaga - w mojej ocenie tekst i kadry nie zawierają istotnych spojlerów, a same kadry uzupełniają i konkretyzują to o czym piszę. Zatem proszę bez obaw czytać i oglądać.


I zacznę od postaci, do których Joe Hill ma wyjątkową rękę. Przyznam się, że dawno nie miałem poczucia, że obcuję z tak wiarygodnie, żywo i ciekawie przedstawionymi bohaterami. Na pierwszym planie mamy rodzeństwo Locke – Tylera, Kinsey oraz Bode - typowych nastolatków (w przypadku starszej dwójki) i typowego dzieciaka (Bode). Ale ta pozornie sztampowa ekipa jest przedstawiona doskonale. Każdy ma swoje motywacje (nawet jeżeli czasem wydają być, z mojej perspektywy starego zgreda, głupie), każdy ma indywidualny charakter i co najważniejsze cała trójka w toku opowieści systematycznie się rozwija. Uczy się i dorasta do odpowiedzialności za siebie nawzajem i swe czyny. Co więcej świetnie są rozpisane ich relacje, zarówno pomiędzy nimi jak i z innymi postaciami. Czy obserwujemy ich w domu, w grupie rówieśników, czy w sytuacjach kryzysowych, możemy uwierzyć w to co obserwujemy. Ich zachowania wynikają z doświadczeń i temperamentu. Wszystko to powoduje, że bardzo łatwo jest ich polubić i zacząć im kibicować. Nawet jeżeli czasem robią głupie rzeczy, czy potykają się na drodze do celu. A w „Locke&Key” równie dobrze napisanych postaci znajdziemy mnóstwo, zarówno tych pozytywnych, jak i antagonistów. Co ważne, Joe Hill stara się każdego istotnego uczestnika dramatu podbudować, tak aby stworzyć maksymalnie wiarygodną i ciekawą postać. Dzięki temu nawet kiedy wydaje się nam na pierwszy rzut oka, że mamy do czynienia z jakimś prostym schematem, twórcy niejednokrotnie nasz czymś zaskoczą. Dzięki temu, dawno po skończonej lekturze nie miałem poczucia, że mogę coś powiedzieć o tak dużej liczbie postaci. Postaci, które nie są tylko tłem, ale stanowią bardzo często istotny element opowieści, nawet jeżeli tylko pośrednio. A działa to moim zdaniem tak dobrze, także dzięki kapitalnemu rozpisaniu całości.



Niemal od pierwszej strony czuć bowiem, że obcujemy z większą opowieścią, która została podzielona na odcinki. Ale sposób w jaki Joe Hill zaprezentował nam tę historię zasługuje na najwyższe brawa. Tak jak postaci systematycznie się rozwijają, dowiadując się więcej o otaczającym ich świecie i zasadach jego funkcjonowania, tak czytelnik niemal z każdą kartką dostaje dodatkowe informacje, które pozwalają stopniowo zobaczyć większą całość. A co jest najbardziej fascynujące, często nie zdajemy sobie sprawy z pełnego znaczenia jakiegoś wydarzenia, czy sceny dopóki nie doczytamy kolejnego fragmentu opowieści. Przy czym to nie jest tak, że możemy się poczuć zagubieni. Absolutnie nie! Duet Hill/Rodriguez zadbał o to aby każdy kolejny tom cyklu serwował nam zamknięty fragment opowieści, przybliżając nas jednocześnie do odkrycia Wielkiej Tajemnicy. I widać to w wielu elementach historii, ale przejdźmy do jednego z głównych jej filarów czy kluczy.

 
Klucze i ich magia pojawiają się co prawda już w pierwszym tomie, ale z każdym kolejnym dostajemy nowe elementy układanki. Co istotne motyw kluczy, ich działania, historii powstania, a nawet ich liczby został również fantastycznie rozpisany. Część kluczy ma bowiem istotny wpływ na fabułę, ba to wokół nich toczy się przecież główna rozgrywka. Ale klucze nie stanowią jedynie motywu napędzającego akcję, ale zostały zaprezentowane jako immanentny element świata przedstawionego. Nie znamy ich liczby i co i rusz jesteśmy zaskoczeni odkryciem kolejnego z nich. A nasi bohaterowie czasem wykorzystują jakiś ze zwykłej ciekawości i chęci odkrycia z czym tym razem będą mieli do czynienia. To powoduje, że cały czas podsyca się w czytelnikach zainteresowanie, nie nudzimy, ale nie mamy też poczucia, że coś pojawia się tylko na zasadzie deus ex machina, która jest wymagana aby popchnąć akcję do przodu.  I wspomniałem, że na przykładzie kluczy widać jak precyzyjnie jest rozpisana ta opowieść. Spójrzmy zatem tylko na parę kwestii. Kiedy i jakie klucze się pojawiają, kiedy pierwszy raz widzimy scenę ze sztuką teatralną i jak stopniowo odkrywamy jej pełne znaczenie, czy w końcu jak stopniowo odkrywamy historię ich powstania. 

 
Ta dbałość o szczegóły to jest zresztą kolejna wielka zaleta tego komiksu. Czasem w trakcie lektury odnoszę wrażenie, że twórcy dbają jedynie o główny wątek i tak zwany pierwszy plan. W „Locke&Key” dzięki talentom twórców mamy niesamowicie dużo detali. I to zarówno takich, które początkowo przewijają się gdzieś w tle, aby stopniowo zyskać na znaczeniu, jak i rzeczy, które po prostu zwiększają wiarygodność świata przedstawionego. 


A wypada to tym lepiej, że dla mnie dzieło Hilla i Rodrgueza jest jednym z komiksów, które najlepiej i najpełniej potrafią wykorzystać formę opowieści graficznej. Charakterystyczne dla tej serii są zabiegi polegające na przejściu narracji pomiędzy dialogami/dymkami, a rysunkami. Twórcy często wykorzystują też praktycznie nieme kadry, tak aby obrazem zilustrować daną sytuację. I wypada to po prostu znakomicie. Tym bardziej, że całość jest wyjątkowo spójna, a scenariusz Hilla świetnie jest uzupełniany przez rysunku Rodrigueza. Pamiętam, że początkowo miałem wątpliwości czy styl graficzny pasuje to opowiadanej historii, która oprócz elementów typowych dla literatury fantasy, czy powieści młodzieżowej, zawiera dużo motywów mrocznych, krwawych i brutalnych. Jakże płonne okazały się moje obawy! A najdobitniej to jak świetnie Panowie się rozumieli widać w momentach, kiedy Rodriguez zmienia styl graficzny, tak aby pasował do danego konkretnego fragmentu opowieści, jak w otwarciu albumu „Klucze do królestwa”, czy w przypadku „świata” Rufusa Whedona. 




I w końcu ostatnia rzecz, czyli umiejętność żonglowania klimatem, tonem opowieści i przeplatania różnych wątków i motywów. Wielokrotnie twórcom udało się mnie zaskoczyć, czy to autentycznie zabawnymi motywami i nawiązaniami (jak choćby na balu w finałowym tomie), czy dużą dozą grozy i makabry. Do samego końca zadziwiało mnie jak płynnie Panowie zmieniali klimat snując tę opowieść i łącząc, czasem wydawało by się nieprzystające elementy. Bo „Locke&Key” to seria, która porusza mnóstwo różnych wątków. Czego tu nie ma? Kwestie rodzinne, orientacji seksualnej, odpowiedzialności za bliskich i za swe czyny (wielokrotnie przyjdzie się bohaterom zmagać z konsekwencjami nadużywania mocy jaką dają klucze), tematy typowo młodzieżowe związane z dorastaniem i szkolnymi problemami, a nawet tak poważne kwestie jak choćby powrót do normalnego życia po traumie lub funkcjonowania w toksycznym związku. Co więcej czasem twórcom poważne tematy i kwestie udaje się przemycić niepostrzeżenie, tak że z jednej strony potrafią skłonić czytelnika do refleksji (świetna scena w komunikacji miejskiej), ale bez poczucia, że ktoś właśnie udzielił nam wykładu i przedstawił prawdy objawione. 

 
Jednym słowem? Koniecznie! Absolutnie koniecznie powinniście sięgnąć po „Locke&Key”. To jest naprawdę unikatowa seria, która dostarczy wam wzruszeń, śmiechu, grozy, mnóstwo fantastycznej zabawy, a niejeden czytelnik uroni także pewnie łzę. Rzecz świetna od strony precyzyjnego scenariusza i dopełniona idealnie współgrającymi z nim rysunkami. Historia, która nawet czytana wielokrotnie pozwala odkryć nowe szczegóły i elementy, które wcześniej przegapiliśmy. Świetny komiks, w którym w zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie. No i komiks, który według mnie może być także ciekawym wejściem w ten świat dla czytelników, którzy tej formy nie lubią. Dla mnie osobiście jest to czołówka ulubionych komiksów. I choć całość została idealnie zamknięta, to czasem żałuję, że niedane nam będzie więcej się spotkać z rodziną Locke i mieszkańcami Lovecraft w stanie Massachusetts.


Ps. Jeżeli chcielibyście posłuchać więcej o "Locke&Key" zapraszam na podcasty Radia SK:

Tom 1 "Witajcie w Lovecraft"

Tom 2 "Łamigłóki"

Tom 3 "Korona Cieni"

wtorek, 24 listopada 2015

Legendy Star Wars - "Darth Vader i Widmowe więzienie"


Zbliżająca się premiera "Przebudzenia mocy" jest katalizatorem wielu wydawnictw związanych z Gwiezdnymi Wojnami. Egmont zaserwował nam nie tylko wznowienie Star Wars komiks, w którym będziemy mogli śledzić rodzący się nowy kanon, ale także serię Legendy Star Wars, skupiającą się na zaprezentowaniu najciekawszych pozycji ze skasowanego expanded universe.


Razem z Mando kontynuujemy naszą przygodą z Gwiezdnymi Wojnami  i bierzemy na warsztat album drugi Legend, czyli "Darth Vader i Widmowe więzienie"

Plik do pobrania


Podcast Mando o albumie pierwszym Legend "Cienie Imperium"


czwartek, 24 września 2015

Star Wars Komiks - "Skywalker atakuje"

Wydawnictwo Egmont powraca z kioskowym magazynem Star Wars Komiks. I to powraca z przytupem, serwując premierowo pierwsze, sześciozeszytowe wydanie zbiorcze nowego, flagowego, marvelowskiego komiksu sygnowanego logiem Gwiezdnych Wojen. 

Specjalnie z tej okazji stary wyjadacz Mando oraz raczkujący w expanded universe Jerry zabierają się za omówienie tego komiksu.







piątek, 12 czerwca 2015

"Bez przebaczenia" dla "Staruszka Logana"



Niby nie powinniśmy windować oczekiwań przed zapoznaniem się z danym dziełem kultury, ale ta trudna sztuka została opanowana tylko przez nielicznych. A oczekiwania choć same w sobie oczywiście nie są niczym złym, to mogą generować problemy. Szczególnie kiedy jakiś powszechnie hołubiony utwór okazuje się być po prostu przereklamowany i niezbyt godzien takiej atencji.

A takim przypadkiem jest komiks „Old Man Logan” (znany w Polsce jako „Staruszek Logan”) autorstwa Marka Millara i Stevena McNivena. Wydana pierwotnie w 2009 roku historia o Wolverinie, rozgrywająca się w alternatywnym (w stosunku do podstawowego uniwersum Marvela) świecie, w którym przymierze superłotrów wybiło superbohaterów i podzieliło Stany Zjednoczone na strefy krwawych wpływów, spotkała się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem. I teoretycznie jak spojrzymy na zarys fabularny to wydaje się, że ta historia to samograj. Millar opowiada o Wolverinie, który na skutek traumatycznych przeżyć od pięćdziesięciu lat, od momentu pogromu superbohaterów, nie wyciągnął pazurów. Założył rodzinę i ciężko pracuje na farmie aby ją utrzymać. Przyparty do muru sytuacją finansową, decyduje się za sporą opłatą wyruszyć jako kierowca dla Hawkeye’a, który musi przetransportować przez całe Stany Zjednoczone tajemnicza przesyłkę. 

 
Tak jak wspomniałem. To wydaje się być samograj. Opowieść drogi umiejscowiona w westernowo-postapkaliptycznym świecie z Wolverinem, niekwestionowaną gwiazdą Marvela, w roli głównej? Co mogło się nie udać? No właśnie. A mimo to w moim odczuciu „Staruszek Logan” to komiks zaprzepaszczonej szansy, serwujący tyle samo fajnych pomysłów co okrutnie irytujących rozwiązań fabularnych. I niestety choć początkowo oceniłem komiks dość dobrze, to im więcej czasu mijało od lektury tym wrażenia miałem gorsze. A powtórka tylko mnie w tych odczuciach utwierdziła.

 
Zacznę jednak od pozytywów, bo parę kwestii wypadło tu bardzo fajnie. I duży kciuk w górę dostaje ode mnie przede wszystkim rysownik. Steve McNiven, którego osobiście kojarzę głównie z komiksu „Wojna domowa” („Civil War”), po raz kolejny odwalił kawał dobrej roboty. Postaci wypadają bardzo dobrze, dynamiczne walki (których mamy tu sporo) są świetnie rysowane i co dla mnie w przypadku komiksów jest bardzo ważne, dostajemy wiele kadrów, czy całych paneli, które po prostu zapadają w pamięć (Red Skull, Pym Falls). Co do strony scenariuszowej to nie jest już tak różowo. Na plus zaliczam tak naprawdę dwie rzeczy. Sporą ilość drobnych, a bardzo fajnych pomysłów (jak chociażby motyw z nowym nosicielem dla symbiontu (Venoma), czy gablota chwały Red Skulla) oraz mnogość smaczków dla fanów Marvela. Jeżeli ja, człowiek nieobeznany z historią wydawnictwa był w stanie wyłapać całe mnóstwo nawiązań do różnych komiksów z wcześniejszych lat, charakterystycznych motywów i odniesień to podejrzewam, że dla fanów „Staruszek Logan” może stanowić jeszcze większą gratkę. Niestety główna oś fabularna jest usiana całą masą kontrowersyjnych, nietrafionych, a czasem po prostu złych rozwiązań, które wydatnie psuły mi zabawę. I teraz muszę wejść w spojlery. 

Po pierwsze gang Hulka jako główny antagonista dla Logana. Nie wiem czy to tylko moje podejście do Bruce’a Bannera, ale ja go zawsze kojarzyłem pozytywnie. Znam komiksy w których Hulk jest stawiany po drugiej stronie barykady, ale tu ten wątek wypada źle i niewiarygodnie. Z wielu powodów. Po pierwsze mamy uwierzyć (bo znikąd nie dowiadujemy się dlaczego) w to że to sam Banner (nie Hulk) stanął po stronie superłotrów. Po drugie cały gang jest sportretowany jako ekipa prymitywnych i szalonych kanibali. I jest to tak przerysowane, że choć widzę pewną celowość tego zagrania (Millar wspomina, że to miało być nawiązanie do klasyka gore „Wzgórza mają oczy”) to przez tę karykaturalność w ogóle tego nie kupuję. Mało tego, z perspektywy finału nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Millarowi tak się spodobał pomysł nawiązania do pierwszego pojawienia się postaci Wolverina w historii Marvela, czyli do jego walki z Hulkiem, że zapomniał tę walkę sensownie podbudować. A żeby było jeszcze gorzej ogłupił Hulka na tyle (na marginesie ten motyw pojawia się w komiksie dwa razy (!)), że ten nagle zapomina o zdolnościach regeneracji jakie Wolverine posiada. Serio?!

Druga kwestia z którą mam problem (a niestety to fundamentalny motyw) to „pacyfizm” Logana. Wolverine na skutek traumy zdecydował, że już nigdy nikogo nie zabije. Postanowienie to jest na tyle silne, że nawet kiedy życie jego rodziny (otwarcie komiksu), życie osoby od którego zależy powodzenie misji (cała podróż z Hawkeye’m), czy nawet jego własne życie jest zagrożone, Logan nadstawia drugi policzek. Ten pomysł początkowo wydał mi się bardzo fajny. Ale to jak jest rozegrany wypada źle. Pierwsza rysa pojawiła mi się już na początku. No bo jak to? Ja rozumiem, że Logan nie chce kontynuować samotnej walki jako superbohater, ale narażanie życia rodziny?  Co tam się stało te pięćdziesiąt lat temu? Drugi zgrzyt to właśnie samo wyjawienie prawdy. Plansza na której widzimy Wolverine’a pośród stosu trupów X-Men robi wrażenie. Ale ja tego motywu nie jestem w stanie kupić. Nie wierzę aby mu się to udało. Mysterio mówi „Wiedziałem jednak, że Twoi przyjaciele zawahają się przed zadaniem Ci ciosu”. Naprawdę?! Po pierwszym zabitym X-Men cała reszta nie miałaby żadnych skrupułów aby go powstrzymać za wszelką cenę. Nie wierzę także w to, ze Logan by się z tego nie pozbierał. Ale to co najgorsze jest w tym wątku to okrutnie przewidywalne i bardzo złe rozwiązanie z „kobietą w lodówce” jako punktem zwrotnym. W 2009 roku nadal jedyny pomysł dla zmotywowania protagonisty to śmierć jego żony? I to po tym jak przez swój „pacyfizm” sam Logan do tego doprowadził? Nie, nie i jeszcze raz nie. Ten wątek zaczął się intrygująco, ale jego koniec woła o pomstę do nieba. I niestety te motywy, wespół z pretekstowości znacznej części pozostałych wątków w tym komiksie, powodują, że w moich oczach „Staruszek Logan” to komiks zaprzepaszczonej szansy, który niezły pomysł wyjściowy i intrygujący świat rozmienia na drobne. 

 
Ale, ale. Zapytacie co tu robi eastwoodowskie „Bez przebaczenia”. To jest niestety kolejna rzecz, której Millarowi nie mogę wybaczyć. Millar mówiąc o genezie „Staruszka Logana” wprost przywołał genialny film Clinta Eastwooda. I te inspiracje widać. W pomyśle na Logana, czy w kilku zacytowanych wprost scenach (kadr ze świniami, rozmowa przy ognisku, śmierć przyjaciela). Tylko te nawiązania nie wykraczają poza bazowe i prościutkie skojarzenia. Tam gdzie Eastwood zaserwował nam wybitne kino, Millar ograniczył się do orgii przemocy. I z tego punktu widzenia zestawienie „Bez przebaczenia” ze „Staruszkiem Loganem” jest szalenie krzywdzące dla tego pierwszego. Być może niepotrzebnie się unoszę, ale dla mnie to film kompletny i jeden z moich absolutnie ulubionych obrazów. I korzystając z okazji opowiem Wam dlaczego. 

Nie wiem czy się tym chwaliłem, ale ja uwielbiam westerny. Pewnie to pokłosie tego, że za dzieciaka w naszej zgrzebnej telewizji właśnie ten gatunek dominował, ale praprzyczyna nie jest istotna. Jestem wielkim fanem gatunku i to zarówno w jego klasycznej formie, antywesternów spod ręki Peckinpaha, czy w końcu spaghetti westernów. A „Bez przebaczenia” z jednej strony oferuje kwintesencję westernowych klimatów, z drugiej strony rozkłada na części pierwsze fundamentalne mity i schematy gatunku.

Historia jest prosta. Dwóch kowbojów okalecza miejscową dziwkę. Koleżanki po fachu postanawiają opłacić zabójców do wynajęcia, a jednym z nich jest William Munny, ex-zabijaka, który wespół z dawnym kompanem i młodym rewolwerowcem wyruszają do sennego Big Whiskey aby wykonać teoretycznie łatwą robotę. I w tej prostej historii scenarzysta David Webb Peoples, który za swoje dzieło dostał w pełni zasłużonego Oscara, poruszył wiele ciekawych kwestii i wycisnął niesamowitą dawkę emocji.

„Bez przebaczenia” to na pierwszym poziomie historia o przemocy i o tym jak nakręcająca się spirala brutalności potrafi wymknąć się spod kontroli i doprowadzić do tragedii. Czy kowboj okaleczając dziwkę liczył się z konsekwencjami? A może był przekonany (poniekąd słusznie) o swej bezkarności? Czy dziwki sprowadzając rewolwerowców wiedziały, że igrają z ogniem? Czy Mały Bill próbując zapanować nad sytuacją w myśl zasady „ogień zwalczaj ogniem” nie brał pod uwagę, że taka strategia może się obrócić przeciw niemu? Widać tu niemal na każdym kroku jak brak wyobraźni, brak próby wzajemnego zrozumienia, doprowadza do eskalacji i tragedii. Można to zbyć wzruszeniem ramion i powiedzieć „takie to były czasy”. Ale czy tak bardzo współczesna rzeczywistość się różni? A może na przykładzie dziwek z Big Whiskey widzimy jak poczucie niesprawiedliwości jakiejś grupy społecznej może doprowadzić do wybuchu?


To także historia Williama Munny z Missouri, ex mordercy kobiet i dzieci, bezwzględnego drania zabijającego „wszystkiego co się rusza i na drzewno nie ucieka”. Poznajemy go już jednak jako innego człowieka. Odmienionego przez małżeństwo, odstawienie alkoholu i pracę nad sobą, który jednak ma żywo w pamięci bestialstwa jakich się dopuszczał. Farmera, próbującego zapewnić rodzinie przetrwanie. Za wszelką cenę, nawet jeżeli będzie się to wiązało się sięgnięciem po odłożoną dziesięć lat temu broń. Widać bardzo mocno jak mimo pozornych podobieństw pomiędzy nim i Loganem te postaci się różnią. Munny’ego nie sposób polubić, a jego pacyfizm jest tyleż świadomy co racjonalny. On może wzbudzać respekt, a nawet szacunek. Może fascynować. Możemy doceniać jego przemianę i działanie według zasad. Ale ani przez moment twórcy nie starają się wybielić tej postaci. To, że nie chce on teraz zabić nikogo ponad tych na których dostał zlecenie wcale nie oznacza, że zawaha się aby sięgnąć po broń. To, że udało mu się „wyjść na ludzi” nie oznacza, że zmazał swoje winy i usprawiedliwia swoje czyny. To co robił, nawet jeżeli stała za tym napędzana alkoholem brawura, już na zawsze będzie stanowiło skazę na jego honorze. A sam Munny jest z tym pogodzony. Jeżeli uzna, że dla przetrwania rodziny musi sięgnąć po broń to tak zrobi. Inaczej niż Logan, który przez większość komiksu tkwi w sztucznym pacyfizmie, a po znalezieniu „kobiety w lodówce” zamienia się w maszynkę do zabijania. 

Ale mi najbardziej się podoba pewien aspekt autotematyczny tego filmu i to jak on wchodzi w dyskurs z mitem rewolwerowca i Dzikiego Zachodu. Całość jest zaprezentowana przede wszystkim w dwóch świetnych wątkach. Pierwszym z nich jest historia Schofiled Kida, rewolwerowca, który jak sam mówi „zabił już pięciu ludzi” i chce się wykazać przy kolejnym morderstwie. Kid kreuje sam siebie na kowboja jakiego znamy z wielu westernów. Pewnego siebie, agresywnego, dobrze strzelającego gościa, który z niejednego pieca chleb jadł. I nagle kiedy przyjdzie mu pociągnąć za spust, w konfrontacji ze śmiercią, która nie jest ani piękna, ani romantyczna i przychodzi czasem po człowieka w najmniej spodziewanym miejscu, jego autokreacja się rozpada jak domek z kart. Ilu z tych romantycznych zabijaków Dzikiego Zachodu tak właśnie wyglądało? 

Z perspektywy drugiego wątku, podejrzewam, że wielu. Poprzez wprowadzenie na scenę kronikarza opisującego „prawdziwy” Dziki Zachód, Peoples z Eastwoodem bezlitośnie rozprawiają się z romantycznym wyobrażeniem tamtej rzeczywistości. Uwierzcie, po wysłuchaniu opowieści Małego Billa o tym w jakich okolicznościach English Bob pozbawił życia Corky’ego Corcorana, zwanego Dwa Kolty, już nigdy nie będę w stanie obejrzeć westernu z dotychczasową dozą naiwności. Ta jedna scena mówi więcej o Dzikim Zachodzie niż większość westernów o których kiedykolwiek słyszeliście. I choćby dla niej „Bez przebaczenia” obejrzeć trzeba. 

A nie wspomniałem jeszcze o genialnym finale, który wieńczy dzieło. Rozmowa Kida z Munnym pod drzewem i późniejsza sekwencja rozpoczynająca się od butelki po whiskey lodującej w błocie to po prostu czysta magia kina. Brutalna, bezkompromisowa, idealnie domykająca tę opowieść. Nie dziwię się, że po „Bez przebaczenia” western jako gatunek praktycznie umarł. Czy można się mierzyć z dziełem tak doskonałym?


Mam nadzieję, że rozumiecie skąd wynikają moje problemy ze „Staruszkiem Loganem” i dlaczego tak bardzo irytuje mnie zestawienie tego komiksu z „Bez przebaczenia”. Moim zdaniem Millar złymi decyzjami spaprał świetnie zapowiadającą się historię, która oferuje w ogólnym rozrachunku niewiele więcej niż efekciarski festiwal przemocy, z której z resztą w ostatnich latach ten twórca słynie (casus „Kickassa”). Ale nie ważne, czy komiks z Wolverinem Was zawiódł, czy wręcz przeciwnie. Jeżeli nie znacie klasycznego dzieła Eastwooda koniecznie je nadróbcie. Nawet jeżeli nie lubicie westernów. Ja obejrzałem ten film ostatnio po raz bodajże dziesiąty i zrobił na mnie takie samo wrażenie jak zawsze. Wielkie kino, które zainspirowało średni komiks.