Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrażenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrażenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 grudnia 2015

Dlaczego warto sięgnąć po "Locke&Key"



Wydawnictwo Taurus Media podjęło się wprowadzenia na nasz komiksowy rynek wychwalanej, zarówno przez krytyków jak i czytelników, serii Joe Hilla i Gabriela Rodrigueza „Locke&Key”. Niedawno ukazał się czwarty tom cyklu, czyli „Klucze do królestwa”, a ja zakończyłem powtórkę całości. Wiele osób już dało się oczarować urokowi tego komiksu, ale część pewnie jest nadal oporna. Postanowiłem zatem opowiedzieć dlaczego moim skromnym zdaniem całość wypada tak rewelacyjnie i dlaczego każdy kto jeszcze zwleka z lekturą powinien czym prędzej zacząć nadrabiać zaległości.

Uwaga - w mojej ocenie tekst i kadry nie zawierają istotnych spojlerów, a same kadry uzupełniają i konkretyzują to o czym piszę. Zatem proszę bez obaw czytać i oglądać.


I zacznę od postaci, do których Joe Hill ma wyjątkową rękę. Przyznam się, że dawno nie miałem poczucia, że obcuję z tak wiarygodnie, żywo i ciekawie przedstawionymi bohaterami. Na pierwszym planie mamy rodzeństwo Locke – Tylera, Kinsey oraz Bode - typowych nastolatków (w przypadku starszej dwójki) i typowego dzieciaka (Bode). Ale ta pozornie sztampowa ekipa jest przedstawiona doskonale. Każdy ma swoje motywacje (nawet jeżeli czasem wydają być, z mojej perspektywy starego zgreda, głupie), każdy ma indywidualny charakter i co najważniejsze cała trójka w toku opowieści systematycznie się rozwija. Uczy się i dorasta do odpowiedzialności za siebie nawzajem i swe czyny. Co więcej świetnie są rozpisane ich relacje, zarówno pomiędzy nimi jak i z innymi postaciami. Czy obserwujemy ich w domu, w grupie rówieśników, czy w sytuacjach kryzysowych, możemy uwierzyć w to co obserwujemy. Ich zachowania wynikają z doświadczeń i temperamentu. Wszystko to powoduje, że bardzo łatwo jest ich polubić i zacząć im kibicować. Nawet jeżeli czasem robią głupie rzeczy, czy potykają się na drodze do celu. A w „Locke&Key” równie dobrze napisanych postaci znajdziemy mnóstwo, zarówno tych pozytywnych, jak i antagonistów. Co ważne, Joe Hill stara się każdego istotnego uczestnika dramatu podbudować, tak aby stworzyć maksymalnie wiarygodną i ciekawą postać. Dzięki temu nawet kiedy wydaje się nam na pierwszy rzut oka, że mamy do czynienia z jakimś prostym schematem, twórcy niejednokrotnie nasz czymś zaskoczą. Dzięki temu, dawno po skończonej lekturze nie miałem poczucia, że mogę coś powiedzieć o tak dużej liczbie postaci. Postaci, które nie są tylko tłem, ale stanowią bardzo często istotny element opowieści, nawet jeżeli tylko pośrednio. A działa to moim zdaniem tak dobrze, także dzięki kapitalnemu rozpisaniu całości.



Niemal od pierwszej strony czuć bowiem, że obcujemy z większą opowieścią, która została podzielona na odcinki. Ale sposób w jaki Joe Hill zaprezentował nam tę historię zasługuje na najwyższe brawa. Tak jak postaci systematycznie się rozwijają, dowiadując się więcej o otaczającym ich świecie i zasadach jego funkcjonowania, tak czytelnik niemal z każdą kartką dostaje dodatkowe informacje, które pozwalają stopniowo zobaczyć większą całość. A co jest najbardziej fascynujące, często nie zdajemy sobie sprawy z pełnego znaczenia jakiegoś wydarzenia, czy sceny dopóki nie doczytamy kolejnego fragmentu opowieści. Przy czym to nie jest tak, że możemy się poczuć zagubieni. Absolutnie nie! Duet Hill/Rodriguez zadbał o to aby każdy kolejny tom cyklu serwował nam zamknięty fragment opowieści, przybliżając nas jednocześnie do odkrycia Wielkiej Tajemnicy. I widać to w wielu elementach historii, ale przejdźmy do jednego z głównych jej filarów czy kluczy.

 
Klucze i ich magia pojawiają się co prawda już w pierwszym tomie, ale z każdym kolejnym dostajemy nowe elementy układanki. Co istotne motyw kluczy, ich działania, historii powstania, a nawet ich liczby został również fantastycznie rozpisany. Część kluczy ma bowiem istotny wpływ na fabułę, ba to wokół nich toczy się przecież główna rozgrywka. Ale klucze nie stanowią jedynie motywu napędzającego akcję, ale zostały zaprezentowane jako immanentny element świata przedstawionego. Nie znamy ich liczby i co i rusz jesteśmy zaskoczeni odkryciem kolejnego z nich. A nasi bohaterowie czasem wykorzystują jakiś ze zwykłej ciekawości i chęci odkrycia z czym tym razem będą mieli do czynienia. To powoduje, że cały czas podsyca się w czytelnikach zainteresowanie, nie nudzimy, ale nie mamy też poczucia, że coś pojawia się tylko na zasadzie deus ex machina, która jest wymagana aby popchnąć akcję do przodu.  I wspomniałem, że na przykładzie kluczy widać jak precyzyjnie jest rozpisana ta opowieść. Spójrzmy zatem tylko na parę kwestii. Kiedy i jakie klucze się pojawiają, kiedy pierwszy raz widzimy scenę ze sztuką teatralną i jak stopniowo odkrywamy jej pełne znaczenie, czy w końcu jak stopniowo odkrywamy historię ich powstania. 

 
Ta dbałość o szczegóły to jest zresztą kolejna wielka zaleta tego komiksu. Czasem w trakcie lektury odnoszę wrażenie, że twórcy dbają jedynie o główny wątek i tak zwany pierwszy plan. W „Locke&Key” dzięki talentom twórców mamy niesamowicie dużo detali. I to zarówno takich, które początkowo przewijają się gdzieś w tle, aby stopniowo zyskać na znaczeniu, jak i rzeczy, które po prostu zwiększają wiarygodność świata przedstawionego. 


A wypada to tym lepiej, że dla mnie dzieło Hilla i Rodrgueza jest jednym z komiksów, które najlepiej i najpełniej potrafią wykorzystać formę opowieści graficznej. Charakterystyczne dla tej serii są zabiegi polegające na przejściu narracji pomiędzy dialogami/dymkami, a rysunkami. Twórcy często wykorzystują też praktycznie nieme kadry, tak aby obrazem zilustrować daną sytuację. I wypada to po prostu znakomicie. Tym bardziej, że całość jest wyjątkowo spójna, a scenariusz Hilla świetnie jest uzupełniany przez rysunku Rodrigueza. Pamiętam, że początkowo miałem wątpliwości czy styl graficzny pasuje to opowiadanej historii, która oprócz elementów typowych dla literatury fantasy, czy powieści młodzieżowej, zawiera dużo motywów mrocznych, krwawych i brutalnych. Jakże płonne okazały się moje obawy! A najdobitniej to jak świetnie Panowie się rozumieli widać w momentach, kiedy Rodriguez zmienia styl graficzny, tak aby pasował do danego konkretnego fragmentu opowieści, jak w otwarciu albumu „Klucze do królestwa”, czy w przypadku „świata” Rufusa Whedona. 




I w końcu ostatnia rzecz, czyli umiejętność żonglowania klimatem, tonem opowieści i przeplatania różnych wątków i motywów. Wielokrotnie twórcom udało się mnie zaskoczyć, czy to autentycznie zabawnymi motywami i nawiązaniami (jak choćby na balu w finałowym tomie), czy dużą dozą grozy i makabry. Do samego końca zadziwiało mnie jak płynnie Panowie zmieniali klimat snując tę opowieść i łącząc, czasem wydawało by się nieprzystające elementy. Bo „Locke&Key” to seria, która porusza mnóstwo różnych wątków. Czego tu nie ma? Kwestie rodzinne, orientacji seksualnej, odpowiedzialności za bliskich i za swe czyny (wielokrotnie przyjdzie się bohaterom zmagać z konsekwencjami nadużywania mocy jaką dają klucze), tematy typowo młodzieżowe związane z dorastaniem i szkolnymi problemami, a nawet tak poważne kwestie jak choćby powrót do normalnego życia po traumie lub funkcjonowania w toksycznym związku. Co więcej czasem twórcom poważne tematy i kwestie udaje się przemycić niepostrzeżenie, tak że z jednej strony potrafią skłonić czytelnika do refleksji (świetna scena w komunikacji miejskiej), ale bez poczucia, że ktoś właśnie udzielił nam wykładu i przedstawił prawdy objawione. 

 
Jednym słowem? Koniecznie! Absolutnie koniecznie powinniście sięgnąć po „Locke&Key”. To jest naprawdę unikatowa seria, która dostarczy wam wzruszeń, śmiechu, grozy, mnóstwo fantastycznej zabawy, a niejeden czytelnik uroni także pewnie łzę. Rzecz świetna od strony precyzyjnego scenariusza i dopełniona idealnie współgrającymi z nim rysunkami. Historia, która nawet czytana wielokrotnie pozwala odkryć nowe szczegóły i elementy, które wcześniej przegapiliśmy. Świetny komiks, w którym w zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie. No i komiks, który według mnie może być także ciekawym wejściem w ten świat dla czytelników, którzy tej formy nie lubią. Dla mnie osobiście jest to czołówka ulubionych komiksów. I choć całość została idealnie zamknięta, to czasem żałuję, że niedane nam będzie więcej się spotkać z rodziną Locke i mieszkańcami Lovecraft w stanie Massachusetts.


Ps. Jeżeli chcielibyście posłuchać więcej o "Locke&Key" zapraszam na podcasty Radia SK:

Tom 1 "Witajcie w Lovecraft"

Tom 2 "Łamigłóki"

Tom 3 "Korona Cieni"

czwartek, 12 lutego 2015

"Bram Stoker's Dracula" Francis Ford Coppola



„Draculę” Coppoli oglądałem dwukrotnie. Pierwszy raz zupełnie na świeżo po premierze. Byłem dzieciakiem i najpierw przeczytałem streszczenie opatrzone zdjęciami w Bravo, czy innym Popcornie (ktoś pamięta te ich filmowe rozkładówki?) i od razu byłem kupiony. Kto by nie był? Przecież było tam między innymi zdjęcie Van Helsinga trzymającego w ręce odcięte głowy wampirzyc! Kiedy obejrzałem film okazało się, że jest tak dobry jak sobie wyobrażałem. Kostiumy, akcja, efekty specjalne. To wszystko na moim młodocianym umyśle zrobiło bardzo duże wrażenie. Do filmu wróciłem na początku studiów i wtedy choć nadal mi się podobał, to jednak jego siła oddziaływania była jakby mniejsza. Ale też umówmy się, dużo się w tym okresie zmieniło. Ja nadrobiłem sporą liczbę książek i filmów o wampirach (ale nadal byłem przed lekturą książki Stokera), a w latach 1992-2000 dostaliśmy do tego pełne spektrum tego rodzaju kina. Przy czym większość tych filmów łączyło tylko to, że dość mocno odeszły one od wersji krwiopijcy znanego z kart „Draculi”. Wystarczy wspomnieć „Wywiad z wampirem”, „Od zmierzchu do świtu”, czy „Blade – Wieczny łowca”.

Od tamtej pory, a minęło już z piętnaście lat, nie wracałem do filmu. Zapoznałem się za to z książkowym oryginałem (który mi się podobał, choć oczywiście mam świadomość jak bardzo pulpowa jest to historia) i sequelem (nad którym już się kiedyś pastwiłem), a także mnogością „ekranizacji” książki Stokera. I tym bardziej kusiła mnie powtórka filmu. Chciałem bowiem skonfrontować książkę z jej (teoretycznie) wiernym przeniesieniem na ekran i sprawdzić, czy dobre wspomnienia nie próbują mnie oszukać. Lata jednak mijały i nigdy okazja się nie nadarzyła. Dopiero niedawno przeczytany tekst Łukasza Orbitowskiego na temat „Draculi” (który wydał mi się dość mocno kontrowersyjny - klik) zmotywował mnie do ponownego seansu.

I powiem Wam, że w dużej mierze odkryłem ten film na nowo. Z jednej strony zauważyłem ilość zmian w stosunku do książki, z drugiej oglądając film po tylu latach zwróciłem uwagę na mnóstwo rzeczy, które mi wcześniej uciekły. Tych dobrych i tych złych.

 
Rzecz, która udała się w tym filmie wybornie i która broni się moim zdaniem nadal wyśmienicie, mimo upływu lat, to stylizacja. Coppola postawił na barkową przesadę oraz wizualny przepych i konsekwentnie swą wizję zrealizował. Widać to doskonale na przykładzie nagrodzonych Oscarem kostiumów autorstwa Eiko Ishioki. Wielu krytykuje ich dziwaczność, ale dla mnie to stanowi o swoistym przebłysku geniuszu twórców. Dzięki zestawieniu ekstrawagancji strojów Draculi, z dość wiernym odwzorowaniem strojów z epoki w przypadku pozostałych bohaterów, uzyskujemy także od samego początku ciekawie podkreślony efekt odmienności. Zachwyca mnie już pierwszy strój, czyli słynna smocza zbroja. Można się naigrywać, że to niepraktyczny bubel, ale tak samo można skwitować każdą płytową zbroję (która często okazywała się śmiertelną pułapką). Za to jej wygląd! Mi przywodzi na myśl obdartego ze skóry człowieka i wyobrażam sobie jak wielkie przerażenie musiał budzić jej właściciel na polu walki. A później jest równie ciekawie. Tym bardziej, że oglądając film teraz odniosłem wrażenie, że twórcy pokazując Draculę w tych skrajnie różnych, ale też w miarę upływu czasu co raz bardziej przystających do reszty bohaterów, stylizacjach (które obejmują nie tylko strój, ale także resztę jego wyglądu) niwelowali niejako jego odmienność.  A to stanowiło swego rodzaju ilustrację podkreślającą jego duchową przemianę.    

Ograniczenie strony wizualnej tylko do kostiumów byłoby jednak daleko krzywdzące. W filmie Coppoli, tak samo dobrze wypada scenografia i zdjęcia. Czy to zamek Draculi, czy szpital psychiatryczny, udało się twórcom uzyskać, często prostymi środkami, niezwykle satysfakcjonujące efekty. A co najważniejsze tu wszystko zdaje się  idealnie współgrać. Oglądając film po latach zwróciłem uwagę jak często Coppola za pomocą zmiany filtrów i dobranej pod konkretne potrzeby scenografii, potrafi świetnie operować zmianami klimatu i tempem opowieści. Duże brawa, tym bardziej, że dzięki przyjętej konwencji stylistycznej udało się twórcom osiągnąć kilka efektów jednocześnie. Mogli pozwolić sobie na momentami sporą umowność (sekwencja początkowa, podróż Harkera do Transylwanii, finałowy pościg), nie popadając w śmieszność, czy nadmierną sztuczność. A co więcej taka stylizacja podkreśla pulpowy charakter książkowego oryginału, nadając jednocześnie całości unikatowego klimatu, niespotykanego w wielu wcześniejszych ekranizacjach.

Strona wizualna to jedno, ale całość stanowi tak spójne i unikatowe widowisko dzięki świetnie dobranej ekipie aktorskiej i muzyce Wojciecha Kilara. Przy okazji filmu Coppoli zwykło się mówić głównie o Garym Oldmanie i Anthonym Hopkinsie. Zaiste, obaj kreują wyjątkowo wyraziste postacie. Gary Oldman miał w mojej ocenie rolę trudną, często będąc schowanym za sporą warstwą makijażu i mocną charakteryzacją. Ale wywiązał się z zadania bardzo dobrze. Mimo, że jego kreacja czerpie pełnymi garściami z różnych wcześniejszych wersji Hrabiego (nie sposób się nie uśmiechnąć przy podanej a’la Lugosi kwestii „Listen to them, the children of the night. What music they play!”) to udało mu się też nadać tej postaci pewien autorski sznyt. Podobnie jest z Van Helsingiem, który w kreacji Hopkinsa nie jest poczciwym i sympatycznym starszym gentelmanem, jako go często  portretowano. Wydaj się być grubiański, nazbyt bezpośredni, a czasem wręcz bezczelny. Ale to działa i sprawdziło się na ekranie znakomicie. O ile dobór głównych antagonistów nie budzi większych zastrzeżeń, to już drugi plan, Keanu Reeves, czy Winona Ryder, są często dość mocno krytykowani. W mojej ocenie bardzo niesłusznie. Dla mnie cały casting do tego filmu to przykład na wyjątkowo trafny dobór aktorów do powierzonych im ról. Keanu Reeves nie jest specjalnie wybitnym aktorem, ale jako Jonathan Harker się sprawdza. Mówi się, że nie udźwignął roli i został przyćmiony przez Gary Oldmana, ale w mojej ocenie to tak miało wyglądać. Przecież książkowy Harker to jest taka postać. Dość zamknięta w sobie, dość bierna, taka w gruncie rzeczy dość nijaka. Ot, everyman. Podobnie dobrze z powierzonej roli wywiązała się Winona Ryder jako Mina oraz reszta obsady. Nie z każdą postacią jesteśmy w stanie sympatyzować, niektóre są irytujące, inne budzą jedynie obojętność. Ale tu każdy wywiązał się z powierzonego zadania. Nawet na dalszym planie, jak w przypadku Toma Waitsa i jego kreacji Renfielda.   

Wspomniana ścieżka dźwiękowa Wojciecha Kilara także zasługuje w mojej ocenie na pochwały. Czasem potrafi zejść na dalszy plan, a czasem oferuje nam wręcz barkową przesadę. Całościowo zaś umiejętnie buduje nastrój, bardzo dobrze współgrając z obrazem i stanowiąc świetną ilustrację wydarzeń. Dzięki takiej jej konstrukcji to dla mnie przykład muzyki filmowej, która wypada dobrze nie tylko w trakcie seansu, ale broni się też jako autonomiczne dzieło. 

Jak widzicie rozpływam się nad stroną audiowizualną filmu, a nie zająłem się fabułą. Celowo, ponieważ to właśnie w tym zakresie widzę pewne, czasem dość spore rysy na tym diamencie. Czas zatem dorzucić sporą łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. 

 
Zwykło się mówić o filmie Coppoli jako o wiernej ekranizacji. Ba, przecież nawet pełen tytuł brzmi „Bram Stoker's Dracula”. Ale oglądając ten film pierwszy raz po lekturze książki, widzę jak dużą ingerencję w fabułę poczyniono. Podoba mi się co prawda, że zostawiono wiele wątków, które zwykle są omijane (początkowa droga Harkera do zamku Draculi, ślub Harkerów). Świetnie wypadł też wątek Lucy Westenry, który został zachowany w swej rozbudowanej wersji i wypada chyba najciekawiej z całego filmu. Ale mam poważny problem z tym, że twórcy zdecydowali się na kilka z pozoru niewielkich zmian, które kompletnie zmieniają optykę, nie tylko niektórych postaci, ale także całej powieści. 

Bojących się spojlerów ostrzegam, że teraz będę rozmontowywał film na części pierwsze.

Wersję Coppoli otwiera kluczowa dla wymowy całego filmu scena. Dracula wracający ze zwycięskiej kampanii przeciw Turkom (co stanowi ciekawe nawiązanie do biografii „prawdziwego” Draculi czyli Vlada Tepesa), dowiaduje się, że jego ukochana żona Elisabeta (portretowana przez Winonę Ryder) w wyniku tureckiej intrygi popełnia samobójstwo. Zrozpaczony bluźni przeciw Bogu, którego był wiernym Rycerzem i zostaje przeklęty przez kapłanów (w tym granego przez Anthony Hopkinsa naczelnego kapłana). Jest to o tyle istotna zmiana, że później, kiedy w trakcie wizyty Harkera w zamku, Hrabia dostrzega zdjęcie Miny, która jest uderzająco podobna do jego zmarłej żony, postanawia udać się do Anglii aby ją uwieść. Zatem miłość staje się głównym motorem jego poczynań. Co więcej, Mina ulega jego czarowi (sugestii, że jest reinkarnacją Elisabety wolę nie dopuszczać do głosu) i sama, z miłości do niego daje się zmienić w wampira. Ten wątek w książce wygląda skrajnie odmiennie i w mojej ocenie dużo lepiej poprowadzony. W książce motywacje stojące za podróżą Hrabiego do Anglii nie są jasne, a sam wątek ataku na Minę odebrałem zupełnie inaczej. Jako zemstę za działania grupy pod wodzą Van Helsinga, a dodatkowo próbę osłabienia ich morale i pozyskania sprzymierzeńca (Mina potrafi po ataku kontaktować się z nim telepatycznie) w ich szeregach. Kluczowe jest jednak to, że Mina w powieści do końca współdziała z grupą Van Helsinga, tak aby zabić Hrabiego i odzyskać duszę i swe dawne życie. Dracula w książce jest elokwentnym i uwodzicielskim potworem w typie Hanibala Lectera. W filmie zamienia się w romantycznego, skrzywdzonego przez los człowieka, który nawet kiedy robi coś złego (uśmiercenie Lucy) to niejako wbrew sobie. Z resztą w przypadku wątku Lucy, też twórcy przez pozornie niewielką zmianę kompletnie zmienili odbiór tej postaci. W filmie (zupełnie inaczej niż w książce) Lucy jest wyzwoloną, spragnioną (także tej cielesnej) miłości kobietą, która jest przeciwstawiona niewinnej Minie. Takie sportretowanie Lucy powoduje, że kiedy Dracula zaczyna ją stopniowo niszczyć, widz zostaje trochę wpuszczony w pułapkę interpretacji „sama jest sobie winna, przecież tego poszukiwała”.  

Dlaczego mam z tym tak potężny problem? Widzicie nabrałem podejrzeń, graniczących z pewnością, że przez takie sportretowanie wampira, film Coppoli możemy w dużej mierze winić za zalew paranormal romance (ze „Zmierzchem” na czele), który obserwujemy w ostatnich latach. Nie chcę tu się pastwić nad tym gatunkiem (z prostego powodu „Zmierzchu” nie czytałem i nie oglądałem, podobnie jak i innych powieści z tego worka), ale to po prostu nie jest mój typ wampira. Skąd podejrzenie, że odpowiada za to ten film? Pozornie miłość i śmierć w micie wampirycznym łączyły się od dawna. Ale nawet w swej najbardziej uwodzicielskiej wersji, wampir pozostawał przede wszystkim drapieżnikiem. U Coppoli te proporcje się totalnie odwróciły. Być może dokonałem właśnie sporej nadinterpretacji, ale po finałowej scenie filmu, która sugeruje, że miłość może być silniejsza niż śmierć, nie mogę się pozbyć takiego właśnie wrażenia.

Tym samym powrót do „Draculi” po blisko piętnastu latach okazał się bardzo interesującym doświadczeniem. Nadal uważam film Coppoli za przykład świetnego, autorskiego kina, którego strona audiowizualna mimo upływu przeszło dwudziestu lata nadal robi piorunujące wrażenie. Ale fabularnie nie jest już niestety tak dobrze i obok rewelacyjnych scen (mojej ukochanej sceny w krypcie) jest sporo rzeczy nietrafionych. I przede wszystkim przeszkadza mi ta kompletna zmiana optyki w postrzeganiu postaci i rozegraniu fabuły. Pomysł i konsekwentna jego realizacja są ciekawe, ale to nie jest mój Dracula. Mimo wszystko polecam. Ten film się w ogóle nie starzeje i warto po niego sięgnąć. Jedni docenią stronę estetyczną, inni odkryją, że Bella i Edward nie byli pierwszą tego rodzaju parą w historii kina. Ale co ważne, te dwie godziny z filmem nie okażą się raczej czasem straconym.


wtorek, 9 września 2014

Bioshock Infinite - dodatki



Przy okazji odcinka Alchemii Gier poświęconego „Bioshock Infinite” pominęliśmy całkowicie kwestię dodatkowej zawartości do gry. Jak plotki głoszą, w ramach rekompensaty za brak polonizacji tak gorącej premiery, polski wydawca gry (Cenega) dodał graczom darmowy season pass. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, planowałem więc od samego początku z dodatkami się zapoznać. Ale zanim to nastąpiło minęło bardzo dużo czasu. Wszystko przez to, że najpierw Irrational Games wypuściło „Clash in the Clouds” (który zupełnie mnie nie zainteresował), a później zapowiedziało dodatek dwuczęściowy „Burial at Sea”, którego druga odsłona zaliczyła sporą obsuwę. Ale patrząc z perspektywy jakości tej ostatniej, chyba było na co czekać. Ale o tym później, najpierw parę zdań o pierwszym DLC.

Wspomniałem, że „Clash in the Clouds” mnie nie zainteresowało, ale od razu na wstępie zaznaczę, że to wcale nie oznacza, że to słaby dodatek. Po prostu skupia on się w 100% na elemencie „Bioshock Infinite”, który podobał mi się w rozgrywce najmniej, czyli walce. W to DLC pograłem chwilę. Całość opiera się na odpieraniu kolejnych fal, coraz silniejszych przeciwników. Rozgrywa się zaś w lokacjach w klimacie Columbii, wielopoziomowych i uatrakcyjnionych tak aby walka była jak najciekawsza. Pomiędzy falami możemy zmienić uzbrojenie, dokupić za uzbierane punkty (punktowane jest w zasadzie wszystko, a największe nagrody są za wykonywanie zadań o których za chwilę) nowe ulepszenia i … to w zasadzie wszystko. Jeżeli ktoś czerpał przyjemność z walki w podstawce to tutaj otrzymuje ją skondensowaną i intensywną. Ale jako, że przebijanie się przez kolejne fale mogłoby się szybko znudzić, więc całość okraszona jest dodatkowymi, wyżej punktowanymi zadaniami, które zachęcają graczy do kombinowania i zmian w taktyce. Czasem jest to konieczność zabijania przeciwników w określony sposób (tylko ataki z powietrza), czasem z określonej broni (tylko strzelba), czasem musimy zakończyć falę w określonym czasie. Oczywiście jeżeli kogoś całość wciągnie mamy do odblokowania nowe mapy i tylko od graczy zależy ile czasu zabawa z tym dodatkiem pochłonie. Ja pobawiłem się z godzinę – dwie i już miałem dość, ale jeżeli kupiła Was ta arkadowa rozgrywka oparta o szyny/broń palną/vigory to myślę, że jest duża szansa, że „Starcie w chmurach” was usatysfakcjonuje.

Nie czarujmy się jednak. To miała być tylko przystawka przez daniem głównym w postaci dużego, fabularnego rozszerzenia, szumnie zapowiadanego powrotu do Rapture, czyli „Burial at Sea”. Jak wspomniałem na początku dodatek podzielono na dwie części. Pierwsza ukazała się w listopadzie 2013 roku, ponad 7 miesięcy po premierze podstawki, ale niestety w mojej ocenie nie spełniła ona pokładanych w niej nadziei. Mało tego przez pewne rozwiązania fabularne i konstrukcyjne, zupełnie nieświadomie obnażyła wiele słabości „Bioshock Infinite”. Ale może na wstępie krótko o zarysie fabularnym. W tym wariancie rzeczywistości Booker de Witt jest prywatnym detektywem w Rapture, w okresie jeszcze przed upadkiem miasta. Zwraca się do niego Elizabeth (świetnie wystylizowana na femme fatale) z prośbą o odnalezienie małej dziewczynki –Sally, co do której są podejrzenia, że stała się jedną ze świetnie znanych z pierwszego „Bioshocka” Little Sister. Booker podejmuje (choć niechętnie) wyzwanie i razem z Elizabeth ruszają na poszukiwania. A pierwszy trop prowadzi ich do mojego ulubieńca Sandera Cohena…


Tak jak napisałem wcześniej, pierwszy epizod „Burial at Sea” nie spełnił moich oczekiwań. Oczywiście fajnie było wrócić do Rapture. Szczególnie, że takiego miasta, czyli jeszcze funkcjonującej metropolii, nie dane nam było w zasadzie oglądać. Tutaj mamy szansę spojrzeć na upadek i rozkład snu Andrew Ryana w jego początkowym stadium. I duże brawa dla Irrational Games za takie poprowadzenie całości. Z drugiej jednak strony odnoszę wrażenie, że taki powrót do próba taniego zagrania na sentymencie graczy. „Patrzcie, dajemy Wam to co chcieliście, powrót do pięknych czasów pierwszego „Bioshocka”. I tak naprawdę w pierwszym epizodzie niewiele z tego wynika. Dodatek pod kątem rozgrywki jest nudny. Nie dość, że mamy powtórkę z arkadowej strzelanki jaką znamy z podstawki to całość jest skonstruowana w oparciu o schematy rodem z „Duke Nukem 3D”, których jedyną funkcją jest sztuczne wydłużenie (i tak niezbyt długiej) gry. Fabularnie też niestety jest dość blado. Całość (podobnie jak pierwszy „Bioshock” i poniekąd także „Infinite”) jest oparta o jedno finałowe zaskoczenie. Ale tutaj niestety ten finał kompletnie na mnie nie podziałał. Całość wydaje się okrutnie naciągnięta. Trudno to poukładać zarówno w kontekście podstawki, jak i w kontekście całego uniwersum, a co najgorsze zakończenie, które miało być szokujące nie potrafiło mnie zupełnie emocjonalnie zaangażować. 

Wspomniałem też, że pierwszy epizod obnaża nieświadomie braki „Bioshock Infinite”. Chodziło mi tu o trzy elementy, które wskazywaliśmy przy recenzji jako najbardziej problematyczne. Po pierwsze brak interesujących postaci pobocznych. Tutaj pojawia się na chwilę Sander Cohen i proszę Państwa on kradnie cały dodatek. Dlaczego nie można było wprowadzić tak fascynujących postaci w podstawce? Po drugie strzelanie. Narzekaliśmy na nie w „Infinite”, ale tam mimo wszystko walka była ciekawsza. Więc wyobraźcie sobie jak słabo strzelanie wypada w „Burial at Sea”, gdzie przez większość czasu po prostu wieje nudą i dość mechanicznie przedzieramy się przez kolejne kill-roomy. Po trzecie – przekombinowanie w finale. Zakończenie „Infinite” było maksymalnie szokujące i na poziomie emocjonalnym ono nawet przy drugim podejściu działa. Tyle tylko, że jak zacznie się to rozbierać na części pierwsze okazuje się, że cały świat zaczyna się rozpadać. I w finale tego epizodu wychodzi to w mojej ocenie bardzo podobnie i wyjątkowo boleśnie. Tym bardziej, że tak jak wspomniałem tutaj nie zadziałał (przynajmniej na mnie) mechanizm emocjonalnego wstrząsu tym czego przed chwilą doświadczyłem.

Ale dość znęcania się na pierwszym epizodem. Zawiodłem się i szczerze mówiąc jeżeli ktoś rozważałby jego zakup to raczej odradzam. Chyba, że na własną odpowiedzialność, albo chyba, że jest wielkim fanem całej marki. Inaczej ma się z epizodem drugim. Bo ten (jak się okazało łabędzi śpiew studia Irrational Games) nie dość, że spina zgrabnie w całość pierwszego „Bioshocka” z „Bioshockiem Infinite”, nie dość, że kompletnie zmienia rozgrywkę stawiając na składankę, to potrafi świetnie poprowadzić opowieść i bardzo mocno zagrać graczom na emocjach.  

Zacznę od czegoś co bardzo mnie zszokowało i kompletnie zmieniło rozgrywkę jaką znamy z całej serii. Od jakiegoś czasu wiadome było, że w drugim epizodzie będziemy kierować Elizabeth. Ale przyznam, że nie sądziłem, że Levine i spółka tak mocno przemodelują z tego powodu rozgrywkę. A odważyli się na to i w mojej ocenie wygrali. Elizabeth to nie maszyna do zabijania pokroju Bookera, do tego funkcjonująca w skrajnie nieprzychylnym środowisku (choćby ze względu na mocno ograniczone zasoby). Jak zatem może sobie poradzić z hordami wrogów? Przemykając pomiędzy nimi, odwracając ich uwagę, zabijając z ukrycia. Tak, proszę Państwa. Drugi epizod „Burial at Sea” to w zasadzie skradanka. Mówię w zasadzie, bo o ile początkowo inaczej się grać moim zdaniem nie da, to nieco później rozwiązania siłowe też mogą być wykorzystywane. Jeżeli zastanawiacie się jak to zostało zrobione to przypomnijcie sobie „Deus Ex: Human revolution”. Tutaj działa to pod wieloma względami identycznie. Elizabeth korzysta ze strzałek usypiających (później może używać także takich odwracających uwagę i innych), może przemykać się szybami wentylacyjnymi, może korzystać z niewidzialności i widzenia przez ściany tak aby lokalizować zagrożenia i neutralizować je niepostrzeżenie (korzysta przy tym z zupełnie nowego, unikatowego vigoru), a w końcu może hakować wieżyczki strażnicze i inne sprzęty (wróciła mini gierka, choć pomyślana zupełnie inaczej niż w „Bioshocku”). Nie wymyślono tu absolutnie nic nowego, ale jak ściągać to od najlepszych. I cały ten system sprawdza się moim zdaniem wyśmienicie. Totalnie zmienia podejście do gry (twórcy wymuszają granie po cichu na różne sposoby – przeciwnicy mogą nas usłyszeć np. kiedy idziemy po wodzie, czy rozbitym szkle i wezwać wtedy wsparcie, mamy „znaczniki” niepokoju przy wrogach, które po osiągnięciu pewnego poziomu także powodują wywołanie alarmu, a z silniejszymi przeciwnikami po prostu walczyć się nie da) i sprawia zdecydowanie więcej satysfakcji niż siłowe przebijanie się przez fale przeciwników. Rozgrywka daje tym samym mnóstwo frajdy, a do tego tutaj naprawdę jest co robić. Drugi epizod jest po prostu wypełniony zawartością. A szukanie dodatkowych znajdziek ma o tyle sens, że całość jest naładowana fajnymi smaczkami, które czasem potrafią rzucić nowe światło na znane nam z wcześniejszych gier serii wydarzenia. 

Ale rozgrywka to jedno. Tutaj świetnie wypadają także inne elementy. W mojej ocenie design poziomów jest fantastyczny. I to zarówno tych w Rapture, jak również (nieznaczący spojler) tych w Columbii. Uwierzcie, fragment w Columbii to moim zdaniem jeden z najciekawszych poziomów całego „Infinite”, a jeden z finałowych fragmentów epizodu to po prostu mistrzostwo w operowaniu klimatem. Do tego mamy naprawdę fajną, emocjonującą, momentami zaskakującą, a czasem wręcz szokującą historię (celowo nie piszę o fabule – zdradziłbym zakończenie pierwszego epizodu, a poza tym im mniej się wie przed rozpoczęciem gry tym lepiej). Na dalszy plan schodzi niejako podstawowy powód bytności Elizabeth w Rapture i stopniowo odkrywamy sieć powiązań całego (po tym epizodzie nie boję się już użyć tego słowa w kontekście „Bioshocka”) uniwersum. Naprawdę pojawiają się tu elementy, które kompletnie zmieniają wydźwięk niektórych scen z wcześniejszych gier z serii. Wracają ciekawe postacie, poznajemy niektóre z nich w zupełnie nowym świetle, a cała opowieść ma bardzo fajnie rozłożone tempo. I w końcu finał. Finał „Burial at Sea”, który idealnie podsumowałby Roland Deschain (Ka jest kołem). Finał, który choć może troszkę od pewnego momentu spodziewany, to i tak dość wstrząsający. Tym bardziej, że podbudowany paroma naprawdę mocnymi i klimatycznymi momentami. Tak się powinno robić dodatki do gier. Soczyste rozszerzenie, które sprawdza się niemal na każdym polu. I szkoda, że tak znakomita gra została nam na otarcie łez po Irrational Games, które wkrótce po upublicznieniu tego DLC się zamknęło.

 
Dodatki do „Bioshock Infinite” to ciekawa sprawa, bo każdy znajdzie tu coś dla siebie, a dodatkowo każdy z nich ilustruje moim zdaniem nieźle także różne podejście do DLC ze strony wydawców (jeżeli ten temat Was interesuje to rozwijamy go w ostatnim odcinku Alchemii Gier). Mamy więc wyjęty fragment rozgrywki, który się może graczom podobać (strzelanie) rozdmuchany do rozmiarów dużego segmentu („Clash in the Clouds”). Mamy żerowanie na sentymencie i grę zrobioną tak aby napracować się przy niej jak najmniej (pierwszy epizod „Burial at Sea”) i w końcu pełnoprawny, wartościowy dodatek, który wymagał kompletnie zmienionego podejścia i dużej pracy twórców (drugi epizod „Burial at Sea”). O ile pierwszy z dodatków moim zdaniem można spróbować, a drugi nie jest wart pieniędzy, które na niego trzeba wydać, to ostatni z dodatków każdemu fanowi marki polecam gorąco. Irrational Games padło i więcej „Bioshocka” możemy nie zobaczyć. Tym bardziej warto rzucić okiem na póki co finalne dokonanie Kena Levine’a.