Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 października 2016

Star Wars Komiks - Osaczony Vader

W październiku pojawił się długo wyczekiwany crossover dwóch podstawowych, gwiezdnowojennych serii Marvela, czyli "Osaczony Vadder". Nie czekaliśmy długo i wraz z Mando z Radio SK oraz Konglomeratu Podcastowego zasiedliśmy do lektury. I nagrania.



W odcinku Mando serwuje solidną porcję wiadomości z komiksowego świata Gwiezdnych wojen, Jerry filozofuje na temat crossoverów, a wspólnie chwalimy wiele rozwiązań zaserwowanych w tym tomie i dywagujemy na temat "Łotra 1". Zapraszamy do odsłuchu!

Plik do pobrania:


Zapraszamy oczywiście w kliknięcie w odpowiedni tag, który przeniesie Was do poprzednich odcinków!



środa, 14 września 2016

Star Wars Komiks - Darth Vader: Cienie i tajemnice

Nie zwalniamy tempa i zgodnie z obietnicą omawiamy na bieżąco komiksowe Gwiezdne Wojny od Marvela. Tym samym, po raz kolejny przy wsparciu Mando z podcastu Radio SK oraz Konglomeratu Podcastowego, bierzemy na warsztat drugi tom serii Darth Vader.


Jak rozwija się historia Mrocznego Lorda? Czy udało mu się odnaleźć młodego pilota, który zniszczył Gwiazdę Śmierci? Jak prezentują się sojusznicy Vadera, z Aprhą na czele? Oraz jak wygląda rasa matematyków? O tym i wielu innych kwestiach dowiecie się tylko z najnowszego odcinka podcastu!

Plik do pobrania:




Zapraszamy także do wcześniejszych odcinków, które możecie znaleźć pod tagiem Star Wars.




niedziela, 19 czerwca 2016

Star Wars Komiks - Gwiezdne Wojny: Walka na Księżycu Przemytników

Ostatnio nadrobiliśmy zaległości, a dziś zataczamy koło i powracamy do głównej, marvelowskiej serii z uniwersum, czyli Star Wars Jasona Aarona. Zapraszamy zatem razem z Mando z podcastu Radio SK oraz świeżo sformalizowanego Konglomeratu Podcastowego na podcast. Dowiecie się jak rozwiązano kontrowersyjny cliffhanger z pierwszego tomu, jakie nowe dyskusyjne rozwiązania zaproponował Aaron, jak wypada pierwszy oneshot włączony do głównej serii i czy nowi rysownicy dali radę. A dodatkowo dyskutujemy przyszłość Star Wars Komiks w Polsce, które to kwestie przedstawiciele Egmontu w ostatnim czasie zasygnalizowali.


Poprzednie odcinki:

Star Wars Komiks "Darth Vader/Rozbite Imperium"

Star Wars Komiks "Leia"/"Lando"

"Przebudzenie mocy"



"Cienie Imperium" - Legendy Star Wars 

piątek, 22 kwietnia 2016

Star Wars Komiks - Darth Vader/Rozbite Imperium

Wespół z Mando z Radio SK postanowiliśmy kuć żelazo póki gorące i szybko nadrobić zaległości w dotychczas wydanych tomach Star Wars Komiks. Tym samym dziś serwujemy kolejny podwójny odcinek, w którym omawiamy otwarcie jednej z flagowych serii nowego, komiksowego uniwersum, czyli "Dartha Vadera" oraz "Rozbite Imperium", które stanowiło część projektu "Droga do Przebudzenia mocy".

Jeżeli chcecie się dowiedzieć jak wygląda zła wersja duetu kultowych droidów, czy w Gwiezdnych Wojnach jest miejsce dla Indiany Jonesa oraz jak bardzo nie ogarniam dynamicznych kadrów w komiksach, zapraszamy na odcinek.


Plik do pobrania:

Poprzednie odcinki:

Star Wars Komiks "Leia"/"Lando"

"Przebudzenie mocy"



"Cienie Imperium" - Legendy Star Wars 

sobota, 16 kwietnia 2016

Star Wars Komiks - Księżniczka Leia/Lando

Wespół z Mando z Radio SK powracamy z kolejnym odcinkiem poświęconym uniwersum Gwiezdnych Wojen. Tym razem serwujemy double feature o dwóch zamkniętych mini seriach - "Księżniczka Leia" oraz "Lando", które zostały zaprezentowane w Star Wars Komiks nr 3 i 4.

Szczególnie ten pierwszy był dość szumnie zapowiadany i wyczekiwany przez fanów, bo umówmy się "Lando" chyba nie wywoływał aż takiej ekscytacji. A jak to wyszło? Czy Leia spełniła oczekiwania, czy może jednak to Lando wyszedł zwycięsko z tego pojedynku? Aby się o tym przekonać zapraszamy do wysłuchania naszego podcastu.



Poprzednie odcinki:



"Cienie Imperium" - Legendy Star Wars 

wtorek, 24 listopada 2015

Legendy Star Wars - "Darth Vader i Widmowe więzienie"


Zbliżająca się premiera "Przebudzenia mocy" jest katalizatorem wielu wydawnictw związanych z Gwiezdnymi Wojnami. Egmont zaserwował nam nie tylko wznowienie Star Wars komiks, w którym będziemy mogli śledzić rodzący się nowy kanon, ale także serię Legendy Star Wars, skupiającą się na zaprezentowaniu najciekawszych pozycji ze skasowanego expanded universe.


Razem z Mando kontynuujemy naszą przygodą z Gwiezdnymi Wojnami  i bierzemy na warsztat album drugi Legend, czyli "Darth Vader i Widmowe więzienie"

Plik do pobrania


Podcast Mando o albumie pierwszym Legend "Cienie Imperium"


czwartek, 24 września 2015

Star Wars Komiks - "Skywalker atakuje"

Wydawnictwo Egmont powraca z kioskowym magazynem Star Wars Komiks. I to powraca z przytupem, serwując premierowo pierwsze, sześciozeszytowe wydanie zbiorcze nowego, flagowego, marvelowskiego komiksu sygnowanego logiem Gwiezdnych Wojen. 

Specjalnie z tej okazji stary wyjadacz Mando oraz raczkujący w expanded universe Jerry zabierają się za omówienie tego komiksu.







środa, 4 lutego 2015

"Hellboy - Kości olbrzymów" Rozdział I

Od jakiegoś czasu chodzil za mną pomysł na nagranie mikro audiobooka. Zaczęło się od "Ducha zagłady" przy okazji, którego postanowiłem zaserwować słuchaczom próbkę książki w postaci mojej ulubionej sceny. Póki co nic z tego nie wyszło, ale pisząc ostatnio o "Hellboyu - Kościach olbrzymów" uświadomiłem sobie, że tutaj znów mam rozdział, który się świetnie nadaje do zaprezentowania w takiej formie. Tym razem postanowiłem kuć żelazo póki gorące i oto dziś prezentuję Wam taką właśnie, specyficzną polecankę tej książki. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, a może nawet zachęcę Was do sięgnięcia po całość. Koniecznie dajcie znać. Jeżeli wola w narodzie będzie to w przyszłości postaram się raczyć Was takimi mikro audiobookami trochę częściej.

Tymczasem zapraszam Was do odwiedzenia z Hellboyem pewnego wesołego miasteczka....



Plik do pobrania




piątek, 30 stycznia 2015

Christopher Golden/Mike Mignola - Hellboy "Zaginiona armia", "Kości olbrzymów"



Hellboy, bohater stworzony w 1993 roku przez Mike’a Mignolę, szybko zdobył zasłużoną popularność. Zasłużoną, choć pomysł serii na pierwszy rzut oka może się wydawać zgrany do bólu. Nie pierwszy raz mamy bowiem do czynienia z pulpową opowieścią grozy, która czerpie bardzo silnie z mitów i legend. To co czyni całość wyjątkową to pomysłowości twórców, wyjątkowo dobra ręka do kreacji barwnych postaci (oczywiście od tytułowego bohatera począwszy) i bardzo charakterystyczna, oszczędna kreska Mignoli. Do tego po prostu w cyklu komiksów o najlepszym agencie Biura Badań Paranormalnych i Obrony wszystkie, nawet ograne, motywy grają idealnie, tworząc smakowitą i zaskakująco świeżą mieszankę. Uniwersum stopniowo rozszerzało się na inne media, zaczynając już w 1997 roku kiedy to Christopher Golden napisał pierwszą powieść o przygodach Hellboya. I ekspansja trwa do dziś szczególnie, że ekranizacja Guillerrmo del Toro bardzo mocno spopularyzowała tę postać. 

Właśnie na fali popularności filmu, w 2004 roku, Egmont wydał na naszym rynku dwie pierwsze powieści z cyklu o Hellboyu. I to właśnie na nich, a nie na komiksach, czy ekranizacjach, chciałbym skupić Waszą uwagę. Zapytacie dlaczego? Otóż mam wrażenie, że mimo sporej popularności komiksów i filmów, świadomość istnienia tych książek jest dość niewielka. A szkoda, bo to rzecz zaskakująco udana, uznawana za kanoniczną część uniwersum i do tego stanowić może niezły punkt wejścia w świat Hellboya. 

Najpierw krótko o autorze, bo to postać u nas znana chyba mało (ale też trzeba powiedzieć, że poza przedmową w „Upiorach XX wieku” Joe Hilla polscy czytelnicy mogą go kojarzyć z zaledwie paru książek), a zaiste intrygująca. Christopher Golden, pisarz, autor komiksów, scenarzysta gier i filmów animowanych. Pisze głównie dla dzieci i młodzieży, serwując autorskie serie (na przykład wydanych u nas przez Amber „Łowców mitów”), redagując antologie (vide także wydany u nas „Zaułek potworów”), a także tworząc komiksy i książki sygnowane znanymi markami. Jak choćby powieści osadzone w świecie serialowej „Buffy”, komiksy „Sons of Anarchy” (całkiem niedawno pierwszy z nich zaprezentowało u nas wydawnictwo SQN), czy oczywiście powieści z uniwersum Hellboya. Co ważne, mimo tak dużego rozstrzału środków przekazu, jego nazwisko kojarzyć się może z dobrą jakością serwowanej rozrywki.

Nie inaczej jest w przypadku „Zaginionej armii” i „Kości olbrzymów” (niestety trzecia sygnowana przez niego powieść o Hellboyu nie doczekała się polskiej premiery), które stanowią świetne uzupełnienie komiksów. Założenie było proste. Golden pisze krótką powieść skierowaną raczej dla młodego czytelnika (przy czym to raczej jest dość ważne, do czego jeszcze wrócę), a Mike Mignola osobiście ją ilustruje. Całość miała zaś rozszerzać i obudowywać uniwersum.

 
I widać to bardzo wyraźnie już w „Zaginionej armii”, w której Hellboy zostaje obdarzony po raz pierwszy życiem uczuciowym i pojawia się jego dawną miłość, archeolog Anastasia Bransfield. Ekipa Anastasii prowadziła przy granicy egipsko-libijskiej prace, poszukując pozostałości zaginionej armii perskiego króla Kambyzesa, która w 525 roku p.n.e., w liczbie pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy zniknęła bez śladu pośród piasków pustyni (co ciekawe w tym przypadku autor wykorzystał historyczną podbudowę, bo taka sytuacja naprawdę miała miejsce). Niestety w trakcie prac bez śladu znika większa część ekipy, a Anastasia zmuszona jest zwrócić się po pomoc w wyjaśnieniu sprawy do Hellboya.

W związku z niewielką objętością powieści (niespełna 230 stron) już od początku, kiedy to mamy okazję śledzić finał jednej z poprzednich przygód Hellboya, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i nie ma ani chwili na nudę. Ale dzięki fajnym pomysłom i rzemieślniczej sprawności Christophera Goldena książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Tym bardziej, że tych dobrych i ciekawych pomysłów jest tu sporo, a całość jest bardzo porządnie rozpisana i nie pozbawiona paru zaskoczeń.

 
Wspomniałem, że te powieści mogą być niezłe na początek wejścia w to uniwersum, a wynika to z tego, że udało się twórcom zaprezentować w nich wszystko to za co ja tak tę serię polubiłem. Po pierwsze Goldenowi udało się wykreować parę naprawdę ciekawych postaci, które bardzo szybko potrafią wzbudzić naszą sympatię. Choć w ich konstrukcji odwołuje się on często do stereotypów (brytyjski komandos, pani archeolog, egipski profesor) to jednocześnie każdej z nich potrafi nadać indywidualny sznyt i ciekawie ją podbudować. W tak krótkiej powieści to moim zdaniem nie lada sztuka. A warto też wspomnieć, że ma on też rękę do pisania niezłych, często ciętych i dowcipnych dialogów. Po drugie wykorzystanie legend i pomysłowość twórców. Tu jest dużo bardzo fajnych motywów, czasem co dość zaskakujące ze względu na pozorne skierowanie tej powieści raczej dla młodszego czytelnika, nawet dość mocnych. Sekwencja odnalezienia ekspedycji w oazie, czy rozmowy z pewną członkinią rodziny królewskiej zdecydowanie potrafią zapaść w pamięć. No i w końcu ilustracje. Uświadomiłem sobie w trakcie lektury, że coś tak pozornie banalnego jak dodanie ilustracji świetnie potrafi zbudować klimat. Pewnie dla niektórych z Was to truizm, ja od dawna nie przywiązywałem do tego wagi, a tymczasem ryciny Mignoli (wszystkie czarno białe) są po prostu świetne i dzięki temu bardzo umilają lekturę.

Warto zaznaczyć, że oczywiście to nie jest powieść idealna. Rzuciło mi się w oczy (choć tu trudno mi powiedzieć na ile to wina autora, a na ile wina tłumaczenia) że w paru scenach pojawia się nagle postać, której nie ma prawa tam być, albo któryś z bohaterów zwraca się do nieobecnej w danym miejscu postaci. Ale to margines. Trzeba mieć jednak świadomość, że mimo bardzo krwawych i mocnych momentów to nadal lektura skierowana raczej dla młodszego czytelnika. A objętość powieści powoduje, że całość jest bardziej skupiona na akcji niż na budowaniu niepokojącej atmosfery, którą tak często udaje się wykreować w wielu komiksach z serii.

 
Ale „Zaginiona armia” to był tylko swoisty wstęp do „Kości olbrzymów”, która w mojej (i nie tylko mojej o czym wspomina sam Mike Mignola w przedmowie) ocenie jest książką jeszcze lepszą. I widać to już od początku, który jest świetny. Dla samego otwarcia w wesołym miasteczku, które jest pod wieloma względami kwintesencją Hellboya i tworzy autonomiczną miniaturę, warto po tę powieść sięgnąć. A potem jest tylko ciekawiej. W „Kościach olbrzymów” Hellboy wraz z Abe’em Sapienem zostają wezwani do Skandynawii, gdzie znaleziono dziwny szkielet olbrzyma, trzymającego w ręce młot ściągający pioruny. Kiedy Hellboy pojawia się na miejscu i bierze do ręki młot, okazuje się, że nie może już go odłożyć. Co gorsza, zaczyna mieć zwidy i podejrzewać, że artefakt próbuje przejąć nad nim kontrolę. I to tylko początek kłopotów, bo z niechcianym bagażem agenci BBPO muszą wyruszyć w podróż na daleką północ. W podróż od której wyników będzie zależał nie tylko ich los.

„Kości olbrzymów” czerpią pełnymi garściami z mitologii skandynawskiej, a choć powieść znów jest pełna akcji, to zdecydowanie mocniej niż w „Zaginionej armii” nastawiona jest na budowanie przygnębiającej i gęstej atmosfery grozy. I co ważne to się naprawdę udaje. Klimat jest bardzo fajny, umiejętnie potęgowany narastającym zagubieniem i szaleństwem Hellboya. A do tego mamy prawie od początku poczucie, że stawka o jaką toczy się gra jest zdecydowanie wyższa niż w poprzedniej powieści. I to tak naprawdę najważniejsze różnice, bo pozostałe wady i zalety są mniej więcej podobnie. Znów mamy parę bardzo sprawnie nakreślonych postaci, sporo akcji, cięte dialogi, a parę językowych potknięć jest spokojnie do przełknięcia. I ponownie warto zaznaczyć, że jak na powieść młodzieżową to „Kości olbrzymów” naprawdę nie stronią od mocnych scen.

 
Osobiście bardzo żałuję, że nie wydano u nas trzeciej powieści z serii, a te dziesięć lat wstecz kiedy czytałem Hellboya po raz pierwszy o czytniku e-booków nawet mi się nie śniło. Teraz na pewno postaram się ją nadrobić właśnie w tej formie. Tym bardziej, że odświeżone po tak długim czasie, zarówno „Zaginiona armia”, jak i „Kości olbrzymów” okazały się być tak samo dobre jak je zapamiętałem i stanowią naprawdę solidną i wciągającą lekturę. Oczywiście należy pamiętać, że skierowane są raczej dla młodszego czytelnika, ale jeżeli jesteście fanami Piekielnego Chłopca, albo po prostu chcecie rozpocząć swą przygodę z tym uniwersum szczerze polecam. Myślę, że będziecie się dobrze bawić. A ja tymczasem poszukam kolejnych książkowych odsłon Hellboya, których w ostatnich latach powstało całkiem sporo.


niedziela, 4 maja 2014

Komiksowy długi weekend III



Korzystając z dobrodziejstwa w postaci długiego weekendu postanowiłem podtrzymać świecką tradycję i zabrać się za komiks. Przy okazji wcześniejszych odsłon tego nieplanowanego cyklu wziąłem na warsztat komiks antybohaterski i superbohaterski. Teraz postawiłem na europejską mini serię, która od dawna czekała na mojej półce na przeczytanie, czyli „Drapieżców” duetu Dufaux/Marini.

„Drapieżcy” to seria, którą dobre 10 lat temu wydał u nas Egmont i w sumie sama jej obecność w Polsce pokazuje jak mocno zmienił się rynek komiksowy przez ostatnią dekadę. Podejrzewam, że dziś żadne wydawnictwo nie podjęłoby ryzyka wprowadzenia tego tytułu. Dlaczego? Po pierwsze to zamknięta w czterech albumach zupełnie oryginalna seria, którą choćby ze względu na niezbyt znanych twórców trudno byłoby marketingowo sprzedać. Po drugie to komiks dla dorosłych, pełen mocnych, krwawych scen i opatrzony sporą dawką erotyki. A poprawcie mnie jeżeli się mylę, ale dziś komiksów dla dorosłych (i to dodajmy komiksów typowo rozrywkowych, a nie tych które można zakwalifikować jako „sztukę”) dostajemy jak na lekarstwo.

 
Ale do rzeczy. Akcja komiksu rozgrywa się w dużej amerykańskiej metropolii, która wizualnie przypomina mi Nowy Jork (choć wydaje mi się, że nazwa nigdy nie pada). Śledzimy losy pani porucznik Lenore, która wraz ze swym partnerem Spiaggim prowadzi sprawę nietypowych morderstw. W mieści znajdowane są bowiem (dodajmy w zamkniętych pomieszczeniach) pozbawione krwi zwłoki, zaś na ścianie zawsze znajduje się namazany krwią napis „Wasze królestwo się kończy”. Co więcej, przyczynę śmierci trudno stwierdzić, ze względu na fakt, że jedyne obrażenia zadaje wbita za lewym uchem szpilka. Śledztwo idzie opornie, a do tego zaczyna się mocno komplikować, kiedy pani porucznik zaczyna podejrzewać spisek, w który zamieszane są także najwyższe władze. Równoległe (ale tylko do pewnego momentu) śledzimy poczynania tajemniczego duetu (zaprezentowanego choćby na okładce albumu), który, jak już na samym początku czytelnik się dowiaduje, stoi za owymi morderstwami. Co nimi kieruje? I czy uda się pani porucznik rozwiązać zagadkę? I przeżyć?

„Drapieżcy” to horror z mocno zarysowanym wątkiem kryminalnym i muszę powiedzieć, że scenariusz pióra Jean’a Dufaux bardzo mi się spodobał. O fabule nie chcę się rozpisywać w szczegółach aby nie psuć czytelnikom zabawy z jej odkrywania, ale wspomnę, że dla mnie dużym plusem jest dość klasyczne podejście do pewnych horrorowych archetypów. Historia nie unika klisz (a wręcz niektóre z nich pomysłowo wykorzystuje) ale jest wciągająca i poprowadzona z niemałym rozmachem, a co najważniejsze całość rozrywa się w bardzo ciekawie nakreślonym środowisku. Podoba mi się jak jesteśmy stopniowo wprowadzani w prawidła rządzące światem. Choć pewne elementy układanki czytelnik jest w stanie sobie dość szybko poukładać, to twórcom długo udaje się trzymać karty przy sobie, a umiejętne wprowadzane zwroty akcji utrzymują odpowiednie tempo opowieści. Dufaux sprytnie zaznacza także pewne wątki i elementy, które dopiero po dłuższym czasie znajdują swoje rozwiązanie, albo nabierają nowego znaczenia. I ma niezłą rękę do ciekawych scen. Sekwencję z trzeciego albumu, która rozgrywa się w ZOO zapamiętam na pewno na długo. Niby mała rzecz, a cieszy. 

Ale umówmy się, to nie jest wiekopomne dzieło to. To bardzo sprawnie napisana i poprowadzona historia rozrywkowa. Bohaterowie (których jest kilkoro) są ciekawie nakreśleni i fajnie poprowadzeni, ale jeżeli lubicie śledzić ewolucję jaką przechodzą główne postacie, to tutaj możecie być lekko zawiedzeni. Bohaterowie teoretycznie się zmieniają, ale w moim odczuciu ten element nie do końca się twórcom udał. Z drugiej strony całość jest tak napakowana akcją, że nie sposób się nudzić i być może właśnie ten natłok wydarzeń przyćmił trochę rozwój postaci. Do tego jak wspomniałem wcześniej komiks nie stroni od erotyki. Czasem ciekawie wplecionej w fabułę, czasem zupełnie zbędnej (jak choćby epatowanie seksualnością, które możecie zobaczyć już na okładce i która jest typowym zabiegiem w rodzaju „bo tak”). 

 
Ale przejdźmy do strony wizualnej, bo w komiksie oprócz fabuły ona zawsze gra bardzo istotną rolę. Rysunki włoskiego autora Enrico Marini mają typowo europejski sznyt i możecie znać jego dokonania z innych serii, które Egmont wprowadził na nasz rynek. Ogólnie rysunki mi się podobały. Są nieco malarskie i pełne szczegółów. Marini ciekawie operuje kolorem serwując różną kolorystykę i oświetlenie w poszczególnych sekwencjach, co wcale nie jest w komiksie takie oczywiste. Co ważne, szczególnie w tym konkretnym przypadku, rysownik dobrze sobie radzi ze scenami akcji (a uwierzcie, że w niektórych kadrach dzieje się bardzo dużo). Sceny erotyczne zaprezentowane są mam wrażenie jakby mniej sprawnie, ale i tak wypadają całkiem w porządku. Jest jednak z Marinim jeden problem. Może za dużo powiedziane, ale ja mam mocno mieszane uczucia. Jeżeli znacie jego inne dokonania to z tego co widziałem musicie być przygotowani na swego rodzaju autoplagiat jeżeli chodzi o modele postaci. Na szczęście na sam odbiór tego komiksu negatywnie to nie rzutuje.

Jeżeli miałbym podsumować „Drapieżców” to myślę, że w kategorii rozrywkowego horroru to naprawdę solidna pozycja. Z ciekawą historią, fajnie przemyślanym światem, a do tego kipiąca akcją. Z tego co widziałem komiks mimo ładnych paru lat od jego wydania nadal można bez większych problemów znaleźć w drugim obiegu i to w całkiem przyzwoitej cenie. Nie spodziewajcie się przełomowego dzieła, ale jeżeli lubicie horror myślę, że powinniście się nieźle bawić odkrywając zagadkę tajemniczych morderstw i jej konsekwencje.

czwartek, 4 października 2012

Obrazy Grozy – „Hellraiser”



Co raz rzadziej zdarza mi się czytać recenzje dzieł, z którymi chciałbym się zapoznać. Powód prozaiczny – duża część takich tekstów okazuje się być daleka od moich odczuć. Ale jako, że od dziecka bardzo lubię tę formę literacką, to po przeczytaniu/obejrzeniu lubię poszperać i poczytać co się mówi. Czasem okazuje się, że się zgadzam, czasem jednak okazuje się, że spodobało mi się coś co inni uznali za szmirę. Piszę o tym dlatego, że komiks „Hellraiser” bardzo przypadł mi do gustu, a okazało się, że prasę miał u nas, delikatnie rzecz ujmując, średnią.

 
O filmowym „Hellraiserze” pisałem już wcześniej i nie ukrywam, że jestem wielkim fanem wykreowanego przez Barkera uniwersum. Komiks zaprezentowany w ramach egmontowskiej serii „Obrazy Grozy” to antologia krótkich komiksów, których wspólnym łącznikiem jest Kostka Lemarchanda. Otrzymujemy 9 opowiadań, do których scenariusze napisali różni twórcy (min. Neil gaiman, czy Larry (Lana?) Wachowski) a każde z nich zostało zilustrowane w zupełnie odmiennym stylu. 

Pierwszy komiks to „W tych błękitnych głębiach kryje się piekło”, który bardzo dobrze sprawdza się jako historia otwierająca album, a może także stanowić niezłe przetarcie nawet dla czytelników nie zaznajomionych z tematem. Przeplatające się historie z teraźniejszości i przeszłości zgrabnie się łączą i co w opowieściach grozy jest dla mnie bardzo ważne są bardzo fajnie spointowane. Dodatkowy plus ode mnie za rysunki, które przywodzą mi na myśl starsze komiksy („Tajemnica złotej maczety”, pamięta ktoś?).

„Szafy” ze scenariuszem Wachowskiego to historia skrajnie różna zarówno fabularnie jak i wizualnie. Kameralna, dość ciężka w klimacie opowieść spotęgowana lekko rozmazanymi, trochę onirycznymi rysunkami. Znów z bardzo dobrym zakończeniem.

Kolejna opowieść to jeden z najlepszych komiksów w antologii „Przede wszystkim twarz”. Bardzo dobra, odpowiednio mroczna i pokręcona opowieść o poszukującym artyście, której akcja toczy w bardzo lubianym przeze mnie otoczeniu – Hollywood lat 20-tych. To niemalże kryminał, okraszony świetnymi malarskimi kadrami. 

Z podobną tematyką, ale od nieco innej strony możemy się spotkać także w kolejnych dwóch opowiadaniach.  W „Pieśni metalu i ciała” szata graficzna nie do końca do mnie trafia, za to sama historia jest moim zdaniem bardzo dobra. Ciekawie poprowadzona, z interesującym twistem w środku i bardzo Barkerowskim zakończeniem. Następujące po niej „Rozkoszne kłamstwo” z kolei przede wszystkim wizualna orgia. Momentami dość ciężka w odbiorze ze względu na ilość czerni, ale momentami wzbijająca się na wyżyny, jak choćby w kadrach po pierwszym otwarciu kostki, czy w mocnym finale.

Odświeżająco po swoistej trylogii o artystach działa opowiadanie „Kanony bólu”, którego akcja przenosi nas do czasów wypraw krzyżowych. Fabularnie tym razem nie jest to może najwyższa półka, ale pojawia się tu chyba jeden z najciekawszych cenobitów jakich miałem okazję oglądać. Już za samo to ogromny plus.

Rozpoczynając „Trupy gniją” fani komiksowej grozy od razu zwrócą uwagę na charakterystyczną kreskę Mike Mignoli. Opowieść wymyślona przez twórcę Hellboya wypada w moim mniemaniu znakomicie. Lekko pokręcona, duszna i z doskonałym zakończeniem. A jest jeszcze świetny motyw z Agathionem...

„Wordsworth” według scenariusza Neila Gaimana to totalny odlot. Kompletnie szalona fabuła jest okraszona tak psychodelicznymi ilustracjami, że momentami brak słów. Mówiąc szczerze nie wiem co mam sądzić o tej historii, ale myślę, że jest to jedno z tych dzieł, które albo pokochacie, albo Was odrzuci. 

Na koniec otrzymujemy „Labirynt umysłu”, która to historia najmniej przypadła mi do gustu. Pomysł wyjściowy jest ciekawy (opowiadanie, jako jedyne próbuje rozszerzać uniwersum),ale samo wykonanie i to zarówno od strony fabularnej jak i wizualnej jakoś do mnie nie trafiło. 

Jeżeli dotrwaliście do tego momentu to widzicie, że w mojej ocenie mamy do czynienia z bardzo dobrą antologią komiksową. Świetnie wydaną (sztywna oprawa i kredowy papier), zbierającą naprawdę różnorodne i ciekawe historie. Skąd zatem tak słabe recenzje zapytacie? Zarzutów jest kilka. Po pierwsze selekcja tekstów. Nie wiedziałem, ale ponoć „Hellraiser” wydany u nas to wybór z dużo większej antologii wydanej za granicą. Nie wiem co powodowało wydawcą, że zdecydował się okroić polską wersję (choć podejrzewam, że obawy o rynek zbytu), ale ja nie znając oryginału bawiłem się świetnie i nie bolało mnie, że gdzieś wydano komiksy jeszcze lepsze. Po drugie komiks uznano za mało czytelny dla laików. Cóż, zdecydowanie i jasno trzeba powiedzieć, że jest to pozycja przede wszystkim dla fanów uniwersum, ale mam wrażenie, ze osoby niezaznajomione z tematem, a szukające interesujących opowieści grozy mogą brać „Hellraisera” w ciemno i nie powinny czuć się zawiedzione. 

Narzekań czytałem więcej, ale nie ma sensu o nich dalej dyskutować. Ja oczekiwałem dobrych opowieści w tak lubianym przeze mnie uniwersum, a otrzymałem to i dodatkowo pełną różnorodność strony graficznej. Jednym słowem to co otrzymałem przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Tym bardziej szkoda, że chyba komiks sprzedał się średnio, skoro nadal można go dostać mimo 5 lat od premiery. Jeżeli jesteście fanem Barkera i Cenobitów możecie brać śmiało, ale każdy fan opowieści grozy powinien znaleźć tu coś dla siebie.