Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Cronenberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Cronenberg. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 kwietnia 2016

"Antiviral" Brandon Cronenberg



Festiwal Transatlantyk, w ramach ubiegłorocznej edycji, zaprezentował selekcję filmów z konwencji „body horror”, czyli tak przeze mnie lubianego horroru cielesnego. Postanowiłem, że obejrzę i postaram się omówić co ciekawsze, a może nawet wszystkie, filmy jakie w ramach tego wyboru pokazano. Czasem życie weryfikuje jednak takie postanowienia dość boleśnie. Najpierw dotarłem do kina na raptem jeden film, a potem ciągle coś wyskakiwało, uniemożliwiając realizacje planów. Planów, których jednak nie porzuciłem i mam nadzieje, że dzisiejszym tekstem rozpoczniemy mały cykl. Czy raczej będziemy kontynuować, ale o tym za chwilę.

Jako, że zaczynamy nieformalny cykl, chciałbym zacząć jednak od definicji. Horror cielesny, to konwencja którą teoretycznie większość widzów i czytelników podskórnie „czuje”. Wiadomo - Cronenberg, Barker, mutacje, deformacje, cielesność w różnych postaciach. I tak jak dość łatwo wyczuć, czy coś mieści się w ramach konwencji, tak sam body horror nie doczekał się jednej, ogólnie przyjętej definicji. A przynajmniej ja się takowej nie doszukałem. Aby nakreślić jednak pewne ramy, możemy przyjąć, że podstawowym wyznacznikiem konwencji jest anatomiczna niepoprawność, zmiana w wyglądzie lub funkcjonowaniu organizmu. Różne mogą być przyczyny takiego stanu – choroby, mutacje, modyfikacje, pasożyty, czy inne czynniki doprowadzające do finalnej przemiany. Przy czym oczywiście skala tych odchyleń może być bardzo różna od fundamentalnych, do pozornie bardzo niewielkich. 

 
I właśnie z takimi pozornie niewielkimi zmianami, przynajmniej na pierwszym planie, mamy do czynienia w debiutanckim filmie Brandona Cronenberga, syna słynnego klasyka body horroru. Akcja „Antiviral” przenosi nas w niedaleką przyszłość, w której kult celebrytów został podniesiony o kolejny poziom. Poznajemy Syda Marcha (w tej roli Caleb Landry Jones, który wypada w tej roli znakomicie, dźwigając na swych barkach niemalże cały film), który pracuje w korporacji Lucac Clinic, zajmującej się wszczepianiem ludziom wirusów, pobranych wcześniej od znanych osobistości. Syd dorabia dodatkowo, nielegalnie wszczepiając sobie wirusy, które są dostępne w ofercie korporacji, a następnie robiąc z nich preparaty możliwe do odsprzedania na czarnym rynku. Proceder kwitnie, do momentu kiedy Syd dowiaduje się, że wirus pobrany od najważniejszej gwiazdy współpracującej z Lucas Clinic, doprowadził do jej zgonu, a on sam ma kilka dni na znalezienie skutecznego lekarstwa. Rozpoczyna się więc walka z czasem.

Zacznę nietypowo, bo od narzekania. Dla Cronenberga „Antiviral”, był pierwszym autorskim filmem. Nie tylko go wyreżyserował, ale także napisał scenariusz. I trochę to czuć, głównie na poziomie bazowej intrygi, którą wcześniej zarysowałem. Historia naprawdę wciąga, ale w trakcie seansu miałem nieodparte wrażenie jakby coś mi umykało, czegoś tu brakowało i znalazło to odzwierciedlenie w samym finale. Samo rozwiązanie intrygi,  okazało się być z jednej strony mocno przekombinowane, a z drugiej w sumie dość prozaiczne i jakieś takie „zwyczajne”, szczególnie w zestawieniu z fantastycznie wykreowaną wizją świata przedstawionego. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że twórca wyłożył się, kolokwialnie mówiąc, na głównej osi fabularnej. Po prostu punkt wyjścia i konstrukcja rzeczywistości, mam wrażenie stwarzała większe pole do popisu.

I to tak naprawdę jedyny poważniejszy minus filmu. Pozostałe elementy wypadają tu bowiem świetnie i przemawiają do mnie na wielu różnych poziomach. Począwszy od strony wizualnej, która opiera się na silnych kontrastach. Z jednej strony mamy maksymalnie zimne i sterylne wnętrza. Laboratoria, poczekalnie, mieszkanie Syda, miejsca publiczne. Wszystkie te lokalizacje są puste, przedstawione często tylko w czerni i bieli, pozbawione niemalże elementów dekoracyjnych, przełamane jedynie gdzieniegdzie jakimś intensywnym kolorem. W tych miejscach przewijają się równie sterylni ludzie. I to wszystko mamy zestawione z podskórnym brudem, mrocznymi zaułkami czarnego rynku i chorobami trawiącymi, często na ich własne życzenie, ludzi. Oglądając ten film byłem pod wrażeniem jak bardzo jest plastyczny, jak Cronenberg panuje nie tylko nad tym co nam chce pokazać, ale także jak chce to zrobić. Dostajemy wiele kapitalnie skomponowanych ujęć. Syd przesiadujący pod banerem reklamowym, pobranie wirusów od gwiazdy, procedura wszczepiania wirusów, czy nawet mieszkanie Syda. Wszystko świetnie rozegrane na kontrastach szpetota/uroda, sterylność/brud, zdrowie/choroba. I trzymam się na razie rzeczy tych bardziej zwyczajnych. 

Bo rzecz zasługująca na najwyższe uznanie i wypadająca świetnie to konstrukcja świata. Tak jak wspomniałem, mamy tu do czynienia z kultem celebrytów przeniesionym na wyższy poziom. Zwykli ludzie płacą, aby połączyć się ze swymi idolami w skrajnie intymny sposób, współdzieląc te same wirusy. Ale to część procederu. Oprócz tego prężnie rozwinął się przemysł mięsny, gdzie z komórek celebrytów jest hodowane mięso, które jest później sprzedawane jako ekskluzywne pożywienie. I to nadal nie jedyny element tej ponurej wizji. Cronenberg tutaj naprawdę rozwija skrzydła, pokazując jak dobrze czuje konwencję horroru cielesnego.  Co ważne, łączy on tutaj wizualny horror cielesny (scen hodowli komórek długo nie zapomnę), z czymś co w tej konwencji często jest niesłusznie marginalizowane (a według mnie stanowi jeden z najciekawszych jej aspektów), czyli filozoficzną podbudową. Gdzieś bowiem za intrygą, którą śledzimy pada wiele interesujących pytań. Jak daleko możemy się posunąć w kulcie gwiazd? Wielu z Was pomyślało sobie, w trakcie lektury tego tekstu – wszczepianie wirusów, hodowla mięsa? Co za bzdury! Czyżby? Cronenberg pokazuje nam różne materiały telewizyjne z życia gwiazd. Czy ta fikcja odbiega daleko od współczesnej rzeczywistości? Zresztą już mamy przecież do czynienia z rynkiem różnego rodzaju gadżetów związanych z celebrytami. Ludzie kupują wszystko, od prywatnych zdjęć, po brudną bieliznę. Co będzie dalej? A może właśnie handel wirusami? Czy w końcu nie jest to pewna forma intymności? Jak to mówi Syd do jednego z klientów sprzedając mu opryszczkę „Czy podać w lewą wargę? Będzie Pan miał poczucie jakby Pana w tym miejscu pocałowała”. 

 
Cronenberg zgrabnie rozgrywa tę warstwę „filozoficzną”, ale absolutnie się do niej nie ogranicza, serwując na wizualnie wiele mistrzowsko obrzydliwych i szokujących scen o różnym stopniu natężenia. Mamy więc różne stadia choroby, zbliżenia zabiegów medycznych, krew czy w końcu różne formy tkankowego życia. Co ważne, tutaj też twórca zadbał aby dobrze zaprezentować to wszystko, ciekawie gra kontrastami i bardzo dobrze komponuje poszczególne kadry i ujęcia, wszystko aby wywołać u widza określone reakcje. I to z sukcesami.

„Antiviral” to ciekawy przykład autorskiego kina gatunkowego. Niewielki budżet i brak głośnych nazwisk w obsadzie, zostają zrekompensowane z nawiązką świetnie zrealizowaną i przemyślaną stroną audio-wizualną (nie wspomniałem wcześniej o muzyce, a minimalistyczna i lodowata ścieżka dźwiękowa E.C. Woodleya wypada wyśmienicie) oraz upiornie pomysłową i dobrze przemyślaną wizją świata. A wspominam o kinie autorskim, bo według mnie sama fabuła wydaje się być relatywnie mało istotna, w gruncie rzeczy dość schematyczna i jest najsłabszym punktem tego intrygującego filmu. Jeżeli lubicie horror cielesny, albo filmy, które potrafią widzem trochę potrząsnąć i skłonić do refleksji serdecznie polecam. Warto sprawdzić kinowy debiut młodego Cronenberga (tak samo jak poczytać debiut starszego, czyli "Skonsumowaną").

I na zakończenie chciałbym odesłać Was moi drodzy na Nekropolitan, gdzie w Nawiedzonym Podcaście omówiliśmy z Szymasem już jakiś czas temu inny film z tego cyklu, czyli "Robale" Jamesa Gunna. I już zapraszam na kolejne odsłony cyklu. Dużo ciekawych i dziwnych filmów przed nami.


poniedziałek, 7 grudnia 2015

"Skonsumowana" David Cronenberg

Odnoszę wrażenie, że ostatnio coraz rzadziej jestem pozytywnie zaskoczony lekturą jakiejś książki. To nie jest tak, ze czytam tylko rozczarowujący chłam. Raczej po prostu najczęściej wiem co nieco o książce i/lub autorze, co pozwala mi wyrobić sobie pewien obraz przed lekturą. Taka sytuacja powoduje, że trudniej o rozczarowanie, ale z drugiej strony kiedy trafisz na coś naprawdę dobrego, nie ma tego „efektu wow”. Zabierając się do „Skonsumowanej” Davida Cronenberga, teoretycznie powinienem mieć wygórowane oczekiwania. Naczelna chwaliła (z drobnymi uwagami) tę powieść w swej recenzji na Carpe Noctem, a do tego mówiło się sporo o książce jako o powrocie Cronenberga do jego ulubionej tematyki, czyli horroru cielesnego – konwencji, której jestem wiernym fanem. Ale z drugiej strony „Skonsumowana” to literacki debiut i książka, która mimo pozytywnych opinii nie odbiła się raczej szerokim echem. Do tego sam twórca w ostatnich latach porzucił przecież swoje obsesje, serwując skrajnie inne kino w stosunku do tego, z jakim jest głównie kojarzony. Krótko mówiąc: kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać.

 
Zarys fabuły „Skonsumowanej” i sam początek powieści nie oddaje tego, z jak wielowątkową i wielowymiarową historią przyjdzie nam obcować. Poznajemy dwójkę reporterów. Ona – Naomi – specjalizuje się w zbrodniach. On – Nathan – zafascynowany jest medycyną. Funkcjonują w dość skomplikowanej relacji opartej na miłości do zdjęć, swej pracy i technologii. Naomi postanawia zająć się tematem, który bulwersuje opinię publiczną we Francji. Znany i szanowany filozof Aristide Arosteguy znika bez śladu krótko po tym, jak w ich wspólnym mieszkaniu zostaje znaleziona jego wieloletnia partnerka Celestine, poćwiartowana i częściowo zjedzona. Nathan tymczasem wyjeżdża na spotkanie z doktorem Molnarem, chirurgiem, który słynie z podejmowania nietypowych i kontrowersyjnych terapii.

Cronenberg z łatwością potrafi wciągnąć czytelnika w swój świat, co jest zaskakujące z dwóch powodów. Pierwszym jest kwestia języka. Choć całość jest napisana bardzo sprawnie, to Cronenberg zasypuje nas kolosalną ilością danych technicznych i szczegółowych opisów aparatów, telefonów komórkowych, parametrów zdjęć i różnego rodzaju sprzętu elektronicznego. Mnie osobiście, jako osobę średnio zainteresowaną takimi kwestiami trochę to męczyło, a momentami wręcz wybijało z lektury. Choć rozumiem, że z perspektywy twórcy był to świadomy wybór formy opisu postaci, dla których technologia jest jak powietrze. Po drugie, powieść przez bardzo długi okres czasu stanowi zlepek różnych wątków, które wydają się ze sobą nie łączyć. Śledzimy przeplatające się losy Naomi i Nathana, rozwój śledztwa w sprawie Arosteguyów oraz medyczne projekty i zastanawiamy się dokąd to wszystko prowadzi. Taka konstrukcja powieści mogłaby ją pogrążyć, a tymczasem Cronenberg nie tylko wychodzi z tego obronną ręką, ale ta mieszanka okazuje się być zaiste wybuchowa.

Początek powieści mnie zwyczajnie zachwycił i jestem pewien, że fani autora poczują się jak w domu. Mamy tu bowiem pełne spektrum tematów, z jakimi wcześniej Cronenberg się mierzył. Kontrowersyjna i wyuzdana seksualność, transgresja, cielesne deformacje i perwersje, a wszystko to podszyte technologią, filozofią i kwestiami socjologicznymi. Choć początkowo nie dane jest nam złapać pełnego obrazu, to te poszczególne sekwencje i wątki są prowadzone znakomicie. Co widać świetnie na przykładzie chyba najlepszej części powieści, czyli wizyty Nathana u niezwykłego chirurga i jego udziału w kontrowersyjnej operacji kobiety chorej na raka piersi.

Siłą tej prozy są dwie podstawowe kwestie. Rewelacyjnie nakreślone postaci – których mnóstwo przewija się na kartach tej powieści – jak i świetnie skonstruowane pojedyncze sceny. I jak to u Cronenberga: tu praktycznie nikt nie jest w pełni „normalny” w tradycyjnym ujęciu tego słowa. Ale ani przez moment nie mamy poczucia obcowania z fikcyjnymi bytami. Twórcy udała się trudna sztuka stworzenia postaci, często bardzo złożonych, dziwacznych, które nie są przeszarżowane. A patrząc choćby na doktora Molnara, mam poczucie, że w wielu przypadkach niebezpiecznie zbliżał się do granicy, za którą czekały postaci śmieszne i karykaturalne. Całe szczęście nigdy jej nie przekroczył. Druga sprawa to kapitalnie napisane sceny, często krótkie i teoretycznie nieistotne z punktu widzenia głównej fabuły (przywołam choćby motyw rozmowy o pięknie i śmiertelnych chorobach, który w mojej ocenie jest sam w sobie czymś, dla czego warto sięgnąć po tę książkę). Zresztą obie te kwestie się ze sobą bezpośrednio łączą i powodują, że możemy podziwiać niesamowitą, żywą i pełną szczegółów kreację świata przedstawionego, w którym czasem pozornie błaha scena może mieć duże znaczenie dla późniejszej akcji. Albo okazać się samodzielną perełką.


I tak zachwycam się tą powieścią, ale trzeba dodać łyżeczkę dziegciu do tej beczki miodu. Bo mniej więcej w połowie książki narracja się zmienia i zamiast przeplatających się historii dostajemy długi i bardzo szczegółowy monolog. Ta pełna dziwacznych motywów i wątków opowieść stanowiła tak nagły zwrot, że początkowo poczułem się mocno skonsternowany. To nie jest coś, co drastycznie obniża moją ocenę, tym bardziej, że z perspektywy finału należy docenić także ten element. Ale można to było moim zdaniem zrobić lepiej. I zdecydowanie warto, aby czytelnik był minimalnie na to przygotowany, bo ten segment może znużyć i nieco zirytować jako wyraźnie odstający od reszty tej zadziwiającej powieści.

Zadziwiającej, bo choć nie jest pozbawiona wad, to po lekturze stwierdziłem, że dawno nie miałem do czynienia z tak świeżą i unikatową powieścią. Nawet trudno mi ją jednoznacznie zaklasyfikować gatunkowo – tyle różnych, czasem pozornie nieprzystających elementów udało się Cronenbergowi tutaj zawrzeć. Mamy liczne, świetnie poprowadzone wątki rodem z horroru cielesnego (opis pewnej nocnej kolacji to prawdziwy, nomen omen, rarytas). Mamy zagadkę kryminalną. Mamy tu wątki filozoficzne, bo fakt, że Arostoguyowie byli uznanymi naukowcami ma w tej powieści istotne, wymierne znaczenie i wielokrotnie będzie nam dane się mierzyć z ich poglądami. A to wszystko zostało podlane cronenbergowską erotyką i szczyptą czarnego humoru. Wygląda przyznacie, na dziwaczne połączenie. Ale jak się to czyta! Cronenberg okazał się wyjątkowo sprawnym autorem i stworzył wielowątkową historię, która została przez niego drobiazgowo rozpisana i rozplanowana, tak aby wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsca w wielkim finale.

Finale co do którego, przyznam się, miałem początkowo mieszane uczucia i który zostawił mnie dość mocno skonsternowanego. Po pierwsze, całość zostaje domknięta jakby w pośpiechu, a przynajmniej ja odniosłem wrażenie, jakby od pewnego momentu nagle akcja bardzo przyśpieszyła. Po drugie samo rozwiązanie historii – pewnych rzeczy można się było domyślić, ale niektóre rozwiązania jakie nam zaserwowano są… dalekie od typowych. Naprawdę nie wiedziałem, co o tym sądzić, ale teraz z perspektywy krótkiego czasu, jaki minął od lektury, jeszcze mocniej doceniłem kunszt Cronenberga. W tym gorzkim zakończeniu nie tylko udało się mu bowiem zgrabnie domknąć wszystkie wątki, ale oberwało się także mediom, naukowcom, kapitalistom i komunistom. W jednym ruchu. Chapeau bas!

Jeżeli jeszcze macie wątpliwości to powiem to dosadnie: koniecznie powinniście spróbować „Skonsumowanej”. To nie jest powieść dla każdego i wielu może odrzucić ją jako zbyt dziwaczną i niesmaczną, ale myślę, że znajdzie też swoich wiernych fanów. Choć nie jest to proza bez wad, zdecydowanie jest to jedna z niewielu książek w ostatnim czasie, które mnie autentycznie porwały. Mało tego, to jedna z tych powieści  co do której jestem przekonany, że śmiało będzie można sięgnąć po nią za jakiś czas i znaleźć nowe elementy i motywy pominięte w trakcie pierwszej lektury. Kompletnie się tego nie spodziewałem. I muszę się przyznać, że dać się tak pozytywnie zaskoczyć to fantastyczne uczucie.