Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dobre Historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dobre Historie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lutego 2014

Tequila - her story so, so far



Niespełna rok temu, na łamach czasopisma „Coś na progu”, pojawiła się po raz pierwszy Tequila. Jej twórcami są odpowiadający za scenariusz Łukasz Śmigiel (czyli jeden z filarów Wydawnictwa Dobre Historie) oraz realizująca stronę graficzną Kasia Babis. A cel przyświeca im ambitny. Wykreować bohaterkę na miarę najbardziej znanych wojowniczek pulpowej literatury i to funkcjonującą w ramach spójnego i rozbudowanego uniwersum w klimatach postapokaliptycznych. 

Uniwersum, w którym na skutek nieudanego eksperymentu pojawiło się mnóstwo tak zwanych okien. Struktur, które okazały się być bramą do innego świata. Świata z którego najpierw przez okna wylał się na żar niszczący znaną cywilizację, a następnie zaczęły przez nie przechodzić monstra nazwane serpentynami. I tak nastał nowy, brutalny lad, w którym pozostali przy życiu muszą stale walczyć o przetrwanie. Ale każdy świat potrzebuje legendy i tu na scenę wchodzi Tequila. Bohaterka, obdarzona niezwykła urodą, licznymi zdolnościami, niespotykaną wiedzą o starym porządku i tajemniczą przeszłością. A cała opowieść ma być rozpisana na opowiadania, albumy i shorty komiksowe oraz powieści.

Widać jak na dłoni, że pomysł wyjściowy nie należy może do przesadnie oryginalnych, ale przyznam się bez bicia, że mam sporą słabość do tego rodzaju przygodowej fantastyki i w związku z tym cały projekt dostał ode mnie kredyt zaufania. Z resztą nie tylko ode mnie, bo Tequila stała się jednym z projektów sfinansowanych z sukcesem w ramach portalu crowdfundingowego Polak Potrafi (gdzie z resztą cały czas można śledzić pojawiające się aktualności). A po paru miesiącach od pierwszego opowiadania o przygodach Tequli i paru shortach komiksowych, pojawił się w końcu pierwszy album komiksowy wzbogacony o prolog nadchodzącej powieści. A ja zapoznałem się z całością i chciałbym się podzielić swymi wrażeniami.

Na pierwszy rzut poszło opowiadanie „Sekret zielonego Boga”, które można cały czas znaleźć choćby tu. Tekst otwiera komiksowy short, który mówiąc szczerze nie przypadł mi do gustu. Fabularnie stanowi króciutkie wprowadzenie do historii, ale od strony graficznej jest niestety słabo (uspokajam w pełnym albumie komiksowym kreska jest zupełnie inna). Na szczęście samo opowiadanie jest bardzo przyjemne. Mimo wielu przymiarek nie zabrałem się za wcześniejsze dokonania Łukasza Śmigla, ale w dość zgodnej ocenie ma on opinię autora sprawnie żonglującego różnorodnymi pomysłami i konwencjami. I widać to także w tym tekście, który stanowi ciekawe wprowadzenia do uniwersum Tequili. Prezentuje podstawowe prawidła rządzące światem, wprowadza pierwsze barwne postacie i rzuca sporo tropów, które mogą się interesująco rozwinąć. A cała opowieść przypomina mi mocno klimat (co poczytuję jako zaletę) historii z Conanem. Mam jednak jedno, ale za to dość poważne „ale”. Totalny brak puenty dla całej opowieści, która po prostu się urywa. Myślałem, że może jakieś wyjaśnienia otrzymamy w kolejnym shorcie komiksowym (zdecydowanie lepszym od pierwszego), ale niestety nic z tego.

 
Ale opowiadanie miało być tylko wstępem do pierwszego albumu komiksowego czyli „Władcy marionetek”, który właśnie ujrzał światło dzienne. Zacznę od strony graficznej, która z tego co widziałem w pierwszych recenzjach znalazła się trochę pod obstrzałem. W mojej ocenie chyba na wyrost. Mi kreska przypominająca klasyczne, disnejowskie animacje (chyba najbardziej „Alladyna”) przypadła do gustu. Do tego ciekawie kontrastuje ze scenariuszowymi fajerwerkami w których nie brakuje krwawych motywów, a dobre wrażenie całości potęguje jeszcze nieźle dobra kolorystyka. Oczywiście puryści znajdą powody do narzekań (w niektórych kadrach, szczególnie tych bardziej dynamicznych wkrada się faktycznie lekki chaos), ale moim zdaniem Kasia Babis, debiutująca przecież jako ilustratorka komiksów, sprawdziła się naprawdę nieźle. A mnie najbardziej cieszy, że zmieniono stronę wizualną od czasu pierwszych shortów, które jak wspomniałem wyglądały od strony graficznej po prostu słabo.

A jak wypada „Władca marionetek” od strony fabularnej? Komiks otwiera dowcipny prolog, w którym jesteśmy świadkami pierwszego spotkania szamana Kabuki Joe oraz Tequli, czyli bohaterów znanych już z „Sekretu zielonego Boga”. Ale to tylko przystawka, przed kolejną przygodą Tequili, która wiedziona potrzebą odnalezienia miejsca ze swych snów trafia do Edenu. Porzućcie jednak biblijne skojarzenia, bo ten Eden do przyjaznych miejsc nie należy. A zanim nasza bohaterka rozwiążę zagadkę swych wizji będzie walczyła z odrażającymi monstrami, spotka na swej drodze interesujące postacie i stanie do walki o własne życie.

Na kartach komiksu dostajemy sprawnie opowiedziana awanturnicza opowieść. Widać przede wszystkim, że Łukasz Śmigiel kontynuuje we „Władcy marionetek” budowę większego uniwersum i robi to co lubi, czyli bawi się nawiązaniami i mieszaniem konwencji. Zgodnie z zapowiedziami jest więc momentami krwawo, momentami erotycznie, a całość czyta się przyjemnie. Ale czas na łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. W komiksie pojawia się kilka ciekawie zarysowanych postaci, ale większość z nich dostaje relatywnie mało miejsce. A szkoda, bo aż się prosiło, aby rozbudować niektóre wątki. Większy problem mam jednak znów z zakończeniem, które podobnie jak w przypadku wcześniejszego opowiadania stawia więcej pytań niż odpowiedzi. Rozumiem, że to jest seria i nie mam nic przeciw clifhangerom, ale tutaj mam wrażenie przedobrzono, przez co „Władca marionetek” sprawia wrażenie opowieści urwanej. Co ciekawe, w ramach deseru twórcy serwują nam prolog do nadchodzącej powieści „Liczba bestii”. Ale powiem szczerze, że zasiał mi tylko w głowie jeszcze większy mętlik.

 
Po lekturze pierwszych przygód Tequili jestem zadowolony. To sprawa, pulpowa robota, która dostarcza przyzwoitej rozrywki i którą czyta się naprawdę przyjemnie. Widać w dotychczasowych historiach z Tequilą, że Łukasz Śmigiel ma głowę pełną pomysłów. Czego tu niema. Postapo, science fiction, fantasy, horror. Zaczynam się tylko zastanawiać gdzie nas to wszystko zaprowadzi. Osobiście na przyszłość poproszę oprócz zagadek bardziej domkniętą historię, ale i tak trzymam kciuki, żebyśmy w tym ciekawie pomyślanym świecie dostali jeszcze niejedną interesującą opowieść.

poniedziałek, 17 września 2012

„Coś na progu” – Wydanie specjalne



Od momentu kiedy pojawiły się pierwsze informacje o pomyśle na wydawanie numeru specjalnego „Coś na progu” zapełnionego opowiadaniami, ostrzyłem sobie na to wydawnictwo zęby. Kiedy okazało się, że w numerze pojawią się opowiadania Roberta E. Howarda, Artura Conan Doyle’a czy Brama Stokera nie posiadałem się wprost z radości, a moje oczekiwania jeszcze urosły. Lista nazwisk na okładce to bowiem w dużej mierze lista pisarzy na jakich się wychowałem. Z drugiej jednak strony miałem lekkie obawy, bo jak wiadomo nadmierne oczekiwania mogą zepsuć odbiór finalny dzieła. 

 
Uspokajam od razu. Wydanie specjalne „Coś na progu” broni się naprawdę dobrze, na przebogatym w ostatnim czasie w Polsce rynku antologii. Tematem przewodnim numeru jest Weird Fiction i w związku z powyższym na otwarcie otrzymujemy esej Ann i Jeffa VanderMeer (redaktorów bardzo dobrej strony poświęconej tematowi - link poniżej). Powiem szczerze, że ja nadal czuję się nieprzekonany czy jest sens w ogóle wydzielać takowy gatunek literacki skoro w zasadzie każde opowiadanie można sklasyfikować w ramach „bardziej precyzyjnych” gatunków. Przykładem jest wspomniany w tekście genialny zbiór Barkera „Księga krwi”, który dla mnie jest kwintesencją horroru, a autorzy traktują go jako ważny punkt współczesnego Weird Fiction. Niemniej esej sprawdza się wyśmienicie jako argument w dyskusji o tym „gatunku”.

Po akademickim otwarciu przyszła kolej na dział horror. Mamy tu opowiadanie Howarda z cyklu o Salomonie Kane (ciekawe, szczególnie dla fanów prozy twórcy Conana, którzy nie znali go z innych dokonań). Tekst Augusta Derletha, który choć horrorem raczej nie jest, to jako opowieść niesamowita wypada bardzo dobrze. No i oczywiście jedno z opowiadań na które czekałem najbardziej „Gościa Draculi” Brama Stokera. Historia bardzo spodobała mi się ze względu na klimat i atmosferę, która kojarzyła mi się mocno z filmami wytwórni Hammer. Finał jednak troszkę mnie rozczarował – odniosłem bowiem wrażenie, że powinna być to cząstka większej całości. Ogólna ocena części poświęconej grozie i tak wypada bardzo na plus.

Druga część to opowieści niesamowite. I od razu mamy tu prawdziwą perełkę – „Maszynę dezintegrującą” Artura Conan Doyle’a. Historia opowiedziana przez twórcę Sherlocka Holmesa jest zabawna i interesująca i stanowi zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów zbioru. Także drugi z tekstów – „Zielona księżyc” Fritza Leibera to naprawdę wyśmienite opowiadanie rozgrywające się w postapokaliptycznym świecie i w tym przypadku o wyjątkowo ciężkim i lekko onirycznym klimacie.

Dział science fiction przynosi nam teksty dwóch klasyków i oba nie zawodzą. Przygodowe „Brakujące ogniwo” twórcy Diuny stanowi przyjemną odskocznię przed dość ciężkim w temacie, ale doskonałym opowiadaniem i kolejną perełką numeru. „Koszt życia” Sheckleya to według mnie science fiction najwyższej próby. W mojej ocenie jest to chyba najlepszy (chyba też przez zaskoczenie) tekst w zbiorze i choćby tylko dla niego warto sięgnąć po nowe „Coś na progu”.

Na zakończenie części z opowiadaniami mamy kryminał. „Podpalenie oraz…” Dashiella Hammetta dobitnie dowodzi, że twórca „Sokoła Maltańskiego” w pełni zasłużenie jest uznanym klasykiem „czarnego kryminału”.  A lekka i dowcipna wariacja Pawła Orłowca na temat Sherlocka Holmesa jest godnym zwieńczeniem numeru. 

Zwieńczeniem? Trochę się pośpieszyłem. W numerze specjalnym mamy bowiem jeszcze trzy elementy. Interesujący wywiad z sir Arturem Conan Doylem, kolejny bardzo dobry komiks Krzysztofa Chalika (według mnie ilustrator i twórca komiksów w „Cosiu” to jeden z najmocniejszych punktów ekipy Łukasza Śmigla) i coś za co należy się redakcji „Coś na progu” szacunek – wersja „Perfekcjonisty”, opowiadania Pawła Pollaka z poprzedniego numeru, bez poprawek. Należy się szacunek, bo trzeba mieć mówiąc kolokwialnie jaja aby przyznać się do błędu i w ten sposób zadośćuczynić prośbie autora (co ciekawe tekst czytało mi się lepiej w tej wersji, choć może to wrażenie, bo skali zmian, przyznam bez bicia, nie sprawdzałem).

Podsumowując cieszy mnie niezmiernie, że wydawnictwo Dobre Historie w krótkim czasie zbudowało naprawdę dobry magazyn dla miłośników fantastyki i kryminału. Co ważniejsze widać, że nie zamierza spocząć na laurach i nadal zamierza się rozwijać. Oby tak dalej, ja czekam z niecierpliwością na kolejną odsłonę „Coś na progu” (i inne projekty wydawnictwa), a wszystkim polecam zarówno numer specjalny, jak i wcześniejsze odsłony. Warto.

Dodatek:
Strona Ann i Jeffa VanderMeer gdzie można znaleźć między innymi opowiadania takich tuzów jak Algernon Blackwood czy Thomas Ligotti http://weirdfictionreview.com/

Jako, że „Księga krwi” jest obecnie dość trudno w Polsce dostępna polecam podcast Tchnienie Grozy, w którym Jacek Brzezowski czyta między innymi wzmiankowane w eseju o Weird Ficiton „W górach i miastach”. Można się przekonać na własnej skórze o przynależności gatunkowej tego wybitnego tekstu http://www.tchnieniegrozy.pl/

piątek, 3 sierpnia 2012

Antologia opowiadań „Cienie spoza czasu”


Jako fan Lovecrafta bardzo ucieszyłem się już na pierwszą wzmiankę o planowanej antologii opowiadań inspirowanych jego twórczością. Śledzenie kolejnych potwierdzanych nazwisk na liście autorów systematycznie umacniało moje zainteresowanie. Takie tuzy jak Ramsey Campbell, Edward Lee czy Alan Moore nie codziennie mają się okazję spotkać w ramach jednego literackiego projektu. W końcu, po długim oczekiwaniu, zagościł w mych progach jeszcze ciepły egzemplarz książkowego debiutu Wydawnictwa Dobre Historie.  


Pierwsze na co zwróciłem uwagę to bardzo staranna oprawa edytorska. Udana pulpowa okładka, dobry papier, staranny skład, a do tego (uroki przedsprzedaży) paski komiksowe (które zasługują na osobny komentarz później). Antologię otwiera wstęp autorstwa S.T. Joshi’ego. Człowieka znanego każdemu miłośnikowi Samotnika z Providence, autora licznych publikacji o Lovecrafcie oraz wielkiego znawcy jego literatury. Wstęp poświęcony „mitologii Cthulhu” oraz naśladowcom i kontynuatorom stylu Lovecrafta stanowi bardzo dobre otwarcie zbioru. Jak wypadają zebrane teksty?

Na pierwszy rzut idzie „Dziedziniec” autorstwa Alana Moore i jest to otwarcie naprawdę mocne. Historia agenta FBI rozpracowującego serię bestialskich morderstw sprawdza się bardzo dobrze zarówno od strony fabularnej jak i od strony powiązań z Lovecraftowskim uniwersum. Moore słynie z erudycji, ale ilość nawiązań do różnych teksów „mitologii Cthulhu” (i nie tylko) może przyprawić o zawrót głowy, a odkrywanie kolejnych smaczków stanowi świetną zabawę samą w sobie.

Następnie mamy opowiadanie F. Paul Wilsona, autora kultowej w Polsce „Twierdzy”. „Pustkowia” to bodaj najdłuższy tekst w zbiorze i w tym przypadku muszę powiedzieć, że poczułem się trochę zawiedziony. Joshi we wstępie pisze o tym, że potępia pisarzy, którzy imitując Lovecrafta nie wnoszą nic nowego i niestety w tym przypadku mam wrażenie, że mamy do czynienia właśnie z takim tekstem. Poprawnym, nieźle napisanym, ale mało zaskakującym i dość wtórnym.

Na szczęście szybko moje średnie wrażenia zostały zatarte jedną ze stanowczo najlepszych historii - „Grubą rybą” Kima Newmana. Nie wszystkim przypadnie do gustu konwencja opowiadania, ale dla mnie, jako miłośnika czarnego kryminału, synteza Chandlerowskiego bohatera i mitologii Cthulhu sprawdziła się wyśmienicie. Polecam gorąco! Osobiście nie znalem wcześniej twórczości Newmana, ale jego tekst zdecydowanie zachęcił mnie do dalszej eksploracji.

Kolejne dwa teksty także trzymają wysoki poziom. „Will” to Mastertonowskie opowiadanie jakie najbardziej lubię. Krótkie, pomysłowe i intensywne. Masterton stanowczo w dobrej formie. Na „Pierwiastek zła” czekałem wyjątkowo mocno. Nie ukrywam, że wydane w Polsce powieści Edward Lee wyjątkowo trafiły w mój gust, a znając jego fascynację Lovecraftem byłem bardzo ciekawy jak wypadł w starciu z idolem. Nie zawiodłem się. Jeżeli czytaliście jakikolwiek tekst Lee wiecie czego się spodziewać. Tylko dodajcie do tego macki… Jeżeli nie, „Pierwiastek zła” może stanowić dobry rozbieg w kierunku jego innych dzieł.

„W labiryncie Cthulhu” Iana Watsona stanowi intrygujący przykład specyficznego survival horroru. Rozpoczyna się według mnie kapitalnie i choć nie do końca przekonuje mnie zakończenie opowiadania to tekst jest na naprawdę niezłym poziomie. W przypadku „Sekretu noszonego w sercu” Morta Castle mam problem. Lubię poruszaną tematykę (nieśmiertelność), ale sposób jej ujęcia w ogóle do mnie nie trafił. 

„Wystąpił błąd krytyczny pod adresem…” Alana Deana Fostera to chyba obok „Grubej ryby” największe zaskoczenie w Antologii. Uwierzcie, takiego potraktowania „mitów Cthulhu” mało kto się chyba spodziewał, a tekst jest świetny i bawiłem się przy nim doskonale. Gorzej było niestety w przypadku kolejnych dwóch opowiadań. „Przyciąganie” Ramseya Campbella oraz „Pan tej Ziemi” Gene Wolfe - mają niezły klimat, ale i w jednym i w drugim coś mi nie zagrało. U Campbella mam wrażenie, że historia w końcowym rozrachunku jest zbyt odtwórcza. W przypadku Wolfe opowieść jest dość ciekawa, natomiast jest jeden mały minus. To bodaj jedyne opowiadanie, gdzie Lovecraftowskiego wątku w zasadzie nie dostrzegam.

Zbiór kończy opowiadanie Tomasza Drabarka, który został zwycięzcą konkursu na opowiadanie do antologii. Doceniając wiedzę autora, muszę stwierdzić, że uważam „Iran Political Fiction” za najsłabsze ogniwo.  Odniosłem wrażenie, że to tekst zmarnowanego potencjału. Pomysł bardzo mi się podoba, ale rwana narracja i zbyt duże uszczegółowienie świata przedstawionego spowodowało, że miałem problem z ogarnięciem opowieści. Doskonały pomysł, wykonanie tylko momentami mu dorównuje.

Antologie tematyczne to w mojej ocenie trudny temat. Jak bowiem zebrać teksty, które nie będąc zbyt hermetycznymi zadowolą jednocześnie bardziej zagorzałych fanów? „Cienie spoza czasu” wypadają w mojej ocenie całkiem nieźle. W przynajmniej dwóch przypadkach zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony (Newman, Dean Foster), wyjadacze trzymają fason (Masteron, Moore, Lee), a nawet te teksty które mnie nie porwały (Castle, Wilson, Drabarek) są co najmniej intrygujące. Wydawnictwo Dobre Historie zaliczyło udany debiut. Fani Lovecrafta mogą sięgnąć po „Cienie spoza czasu” w ciemno, a miłośnicy weird fiction też nie powinni czuć się zawiedzeni.

Dodatkowe słowa uznania należą się Panu Krzystofowi Chalikowi. Jego paski komiksowe do trzech opowiadań ze zbioru są naprawdę znakomite! Z niecierpliwością będę śledził jego kolejne prace, a tych którym nie dane było się z nimi zapoznać zapraszam na profil wydawnictwa na facebooku gdzie w formie animowanej (mam nadzieję, że wszystkie) zostaną opublikowane.  

sobota, 31 marca 2012

Czasopismo "Coś na progu"


Odkąd pojawiły się pierwsze informacje, że zespół odpowiedzialny za magazyn „Lśnienie” bierze się za nowy projekt byłem niezmiernie ciekaw efektów. „Lśnienie” było magazynem o dużym potencjale, który niestety w moim odczuciu nie był w pełni wykorzystany. Niemniej samo czasopismo wspominam dobrze, w szczególności ze względu na fakt, że dzięki niemu po raz pierwszy zetknąłem się z audiobookiem. 

Krótko po złożeniu zamówienia (dystrybucja „Coś na progu” na razie możliwa jest głównie poprzez stronę internetową) mój egzemplarz znalazł się w skrzynce pocztowej. Krótki rzut oka na zawartość zaostrzył mi apetyt. Seria artykułów poświęconych H.P. Lovecraftowi i jego twórczości, dwie opowieści (Edward Lee, Stefan Grabiński), część poświęcona kryminałom oraz kilka artykułów i różnych felietonów.  Całkiem smakowicie.


Wiedziony ciekawością na pierwszy rzut wziąłem niepublikowane wcześniej w Polsce opowiadanie Edwarda Lee pt. „Makak”. Ten gość jest naprawdę ostro popieprzony. Zważywszy, że wydawnictwo Replika już zapowiedziało dwie kolejne książki Lee, świetna passa jaką miał w naszym kraju w 2011 roku może być podtrzymana. Druga opowieść to nowela klasyka polskiej opowieści niesamowitej Stefana Grabińskiego czyli „Engramy Szatery”. Wstyd przyznać, ale nie miałem okazji zapoznać się z dokonaniami Grabińskiego. Moje wrażenia po lekturze? Bardzo dobre. A ze względu na ostatnie wydarzenia jakie miały miejsce w Polsce fabuła opowieści powodowała u mnie dodatkowy zimny dreszcz. Przeczytajcie a przekonacie się o czym mówię. Świetny pomysł aby w trakcie trwania roku Grabińskiego także w takiej formie promować jego twórczość. 

Po dwóch świetnych tekstach fabularnych zapoznałem się z głównym tematem numeru. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem Lovecrafta, a poświęcone jemu i jego pracom artykuły w „Coś na progu” są różnorodne, interesujące i na bardzo dobrym poziomie. Szczególnie godne uwagi są  teksty poświęcone ważnej, a w Polsce mało znanej gałęzi twórczości pisarza czyli listom i esejom oraz artykuł o ponadczasowości jego prozy. Obchodzona właśnie 75-ta rocznica śmierci pisarza to świetna okazja aby przybliżyć jego twórczość. Kolejny raz widać, że ekipa tworząca pismo miała wyjątkowo przemyślaną koncepcję numeru. Duże brawa.

„Coś na progu” to w zamyśle jego twórców nie tylko horror i opowieści niesamowite, ale także kryminał reprezentowany w numerze przez interesujący (choć zawierający mnóstwo spojlerów) artykuł poświęcony cyklowi Wallenderowskiemu Mankella oraz tekst o Borysie Akuninie. Lubię kryminały, zatem z mojego punktu widzenia takie uzupełnienie tematów to świetna sprawa.

Jednak bloki tematyczne to nie wszystko. W numerze mamy także między innymi tekst Dawida Kaina poświęcony bardzo modnemu i głośnemu ostatnio (także w Polsce) nurtowi Bizarro Fiction (mój umysł tego nie ogarnia), czy napisany niezwykle ciekawie i profesjonalnie artykuł o animowanej japońskiej grozie. A na deser są jeszcze felietony Bartka Czartoryskiego oraz Marcina Wrońskiego. Dużo interesujących, dobrze napisanych tekstów. Na koniec krótko o wyglądzie gazety. Podoba mi się zabieg z wydaniem pisma w formacie książkowym. Zawartość jest czarno-biała, ale graficznie i edycyjnie bez zarzutu. 

Lubię być pozytywnie zaskakiwany, a nowe czasopismo „Coś na progu” to zdecydowanie bardzo przyjemna niespodzianka i doskonale wydane 8,9 zł. Widać, że ekipa wydawnicza wiele się nauczyła od czasów "Lśnienia" i od początku miała bardzo dobrą i przemyślaną konstrukcję pierwszego numeru. Teksty różnorodne i interesujące, a wszystko razem spójne i dobrze wydane. Liczę, że czytelnicy nie zawiodą, a wydawnictwo stojące za „Coś na progu” czyli Dobre Historie nie spocznie na laurach i kolejne numery także będą na podobnie wysokim poziomie. Polecam!