Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 grudnia 2013

"Żywe trupy" wersje nieklasyczne



Podejrzewam, że rozpoczynając serię „The Walking Dead” (wydawaną u nas jako „Żywe trupy”), jej ojciec czyli Robert Kirkman nie spodziewał się jaki statut ona osiągnie. A to właśnie popularność jaką zdobyła ta wielokrotnie nagradzana historia, jest jednym z najważniejszych czynników tryumfalnego powrotu tematyki zombie do szerokiego obiegu. Seria jest nieprzerwanie kontynuowana od 10 lat i sama w sobie stała się rozpoznawalną marką. Powstał serial, wykreowany świat pojawił się w grze przygodowej od Telltale Games, a niedawno wydano słuchowisko na motywach pierwszych albumów. Podejrzewam też, że to tylko wierzchołek góry lodowej jaką jest aktualnie „The Walking dead”. Mimo wielu pozytywnych opinii o komiksie, moja niechęć do tematyki spowodowała, że swą przygodę z uniwersum zacząłem niejako od końca. Najpierw zapoznałem się z grą, a ostatnio przesłuchałem pierwsze dwa tomy słuchowiska. I to właśnie zestawienie tych dwóch mediów skłoniło mnie do podzielenia się wrażeniami.

 
Z racji, że komiksu nigdy nie czytałem, po zagraniu w „Żywe trupy” postanowiłem to zmienić. Traf chciał, że zanim sięgnąłem po wersję papierową, dzięki promocji halloweenowej na Publio.pl pobrałem za darmo właśnie pierwsze dwa tomy, czyli „Dni utracone” oraz „Wiele mil za nami”. Dystrybuowane przez Wydawnictwo Anakonda słuchowisko od Studia Sound Tropez to dla mnie kolejny dowód jak prężnym segmentem rynku są obecnie audiobooki i kolejny przykład adaptacji, którą śmiało poleciłbym każdemu kto z tym medium chciałby się zapoznać. W nagraniach wzięło udział przeszło 14 osób, w tym tak uznane grono aktorów jak Anna Dereszowska, Jacek Rozenek, czy Maria Seweryn. I trzeba przyznać, że grają swoje role przekonująco i odwalili kawał naprawdę porządnej roboty. A jak w każdym słuchowisku same aktorstwo to jedynie część tego co otrzymujemy i moim zdaniem udźwiękowienie, wszystkie efekty oraz muzyka stoją na bardzo wysokim poziomie. Szczególnie przypadła mi do gustu muzyka, klimatyczna, nieco w stylu country, która świetnie współgra z opowieścią. I wrażenia miałbym bliskie ideału gdyby nie „drobna”, ale istotna kwestia, czyli fabuła. 

Ku mojemu zaskoczeniu okazało się bowiem, że mimo iż pomysł na uniwersum jest znakomity w swej prostocie, to do samego scenariusza mam sporo zastrzeżeń. Koncepcja Kirkmana skupienia się na tych, którzy przeżyli i dynamice relacji pomiędzy nimi, jest świetna i daje spore pole do snucia ciekawych opowieści, niestety w praktyce nie jest już tak różowo. A wszystko przez rozkład i jakość punktów kulminacyjnych jakie autor nam serwuje. Nie wiem jak sytuacja wygląda w pozostałych 18 tomach, ale w pierwszych dwóch momentami robi się jak na mój gust nazbyt telenowelowo („cudowne” spotkanie Ricka z rodziną, kwestia na linii Rick-Shane-Lori i jej konsekwencje), a taka kwestia obory na farmie Herschela choć efektowana wydaje mi się po prostu głupia. Było to dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo po skończeniu przygody z grą od Telltale Games spodziewałem się scenariusza o większym ciężarze gatunkowym. I tu dochodzimy do gry „The Walking dead”, która w 2012 roku została przez wielu okrzyknięta grą roku, a mnie osobiście skłoniła aby się serią bardziej zainteresować. 


Produkcja od Telltale Games to typowa dla tego developera, epizodyczna gra przygodowa, w której jednak elementy rozgrywkowe zostały sprowadzone do minimum. Aby naświetlić o co chodzi czytelnikom, którzy nie interesują się grami video można powiedzieć, że uczestniczymy w interaktywnym video, w którym możemy wybrać ścieżki dialogowe w trakcie rozmów pomiędzy postaciami, a oprócz tego musimy wykonywać proste czynności (znaleźć przedmiot, połączyć go z innymi, rozwiązać prostą zagadkę vide „jak odpalić lokomotywę” itp.). Cały haczyk i fenomen tej wersji „Żywych trupów” polega na dwóch banalnych wydawałoby się rozwiązaniach. Po pierwsze każdy z 5 epizodów (którego przejście zajmuje ok. 2-3 godzin i które możemy traktować niczym interaktywny serial)  posiada kilka punktów kulminacyjnych, z których niemal każdy, nawet ten najmniejszy wydał mi się ciekawszy, niż te napotkane w komiksie. Po drugie, podejmowane przez nas decyzje (komu pomóc, z kim trzymać wspólny front) stwarzają genialną iluzję tego, że układamy swoją własną opowieść. Mówię o iluzji, bo wydarzenia związane z głównymi postaciami i tak będą miały miejsce, ale już choćby to w jakim składzie skończymy nasza opowieść zależy od naszych własnych decyzji. I wypada to znakomicie. Osobiście uważam, że jeżeli lubicie to uniwersum to warto z grą się zapoznać choćby w postaci filmów z youtube’a. Z tego co słyszałem o serialu to może być to dla Was ciekawsze doświadczenie. 

Grę video w świecie „Żywych trupów” uważam za świetny produkt (abstrahując od tego na ile to w ogóle gra, ale to temat bardziej dla „Alchemii gier”), a opowieść wydała mi się ciekawsza, mocniejsza, intensywniejsza i lepiej poprowadzona niż w komiksie. Oczywiście może to herezja oceniać serię po słuchowisku (nie papierowym pierwowzorze) i zaledwie po dwóch tomach (z dwudziestu). A może to po prostu kwestia poczucia budowania własnej opowieści  w grze, ale mówiąc szczerze mimo, że w trakcie słuchania bawiłem się wyśmienicie to sama historia Ricka Grimesa i jego grupy mnie nie porwała. Zważywszy na to, że jest on także protagonistą w serialu chyba to medium sobie odpuszczę i pozostanę przy grze. Tym bardziej, że drugi sezon „The Walking Dead: The game” już w drodze. I nie wykluczam, że sięgnę po dalsze tomy słuchowiska, bo to po prostu świetna rzecz.

Ps. A jeżeli chcecie posłuchać więcej o słuchowisku (szczególnie jak wypada w porównaniu do komiksu) zapraszam do Karpiowego Podcastu w którym "Żywe trupy" omawia Mando (link).

poniedziałek, 30 września 2013

„Marvel Zombies” – Robert Kirkman/Sean Phillips/Arthur Suydam



Jak wspomniałem przy okazji Feed tematyka zombie nie należy do moich ulubionych, a skali jej popularności w ostatnim czasie mój umysł nie ogarnia. Między innymi dlatego, mimo wielu entuzjastycznych recenzji nigdy nie zabrałem się za „Żywe trupy”, czyli opus magnum Roberta Kirkmana. Nie przekonała mnie do komiksu nawet świetna gra od Telltale Games i bardzo chwalony serial stacji AMC. Ale już wiem, że za komiksowe „Żywe trupy” muszę się koniecznie zabrać. Wszystko za sprawą niepozornego albumu ze stajni Marvela – „Marvel Zombies”.

 
Nie ma co ukrywać, że pomysł wyjściowy wydaje się być absurdalny. Otóż w alternatywnej rzeczywistości, na skutek skażenia Ziemi czymś z kosmosu, wszyscy superbohaterowie i ich przeciwnicy zamienili się w zombie. A zachowawszy wszystkie moce, w dość krótkim czasie, obrońcy ludzkości przyczynili się do jej wyginięcia. A głód pozostał i nadal ich trawi…

Od samego początku widać, że nie mamy do czynienia ze standardowymi bezmyślnymi zombie. Wszyscy herosi są martwi, ale zachowali nie tylko moce, ale także intelekt. Oczywiście przyćmiony przez imperatyw jedzenia, ale jednak nadal umożliwiający im racjonalne myślenie. I do tego cały czas gadają. Jak na głodnego przystało, głównie o jedzeniu. O tak, dialogi są wyjątkowo smakowite.

Nie wiedziałem czego się po tym komiksie spodziewać, ale okazało się, że otrzymaliśmy rewelacyjny komiks rozrywkowy. Z jednej strony porządny horror, zadziwiająco krwawy, brutalny i obrzydliwy jak na Marvela. Z drugiej wyśmienitą czarną komedię. Co ważne, Kirkman okazał się na tyle sprawnym scenarzystą, że stworzył historię spójną i interesującą dla czytelników nie zaznajomionych z komiksami, ale jeżeli jesteście fanami uniwersum będziecie się bawić jeszcze lepiej. Twórcy zachwycili mnie mnogością świetnych pomysłów i łatwością z jaką postawili na głowie nasze dotychczasowe wyobrażenia o postaciach. I jak dla mnie, ta świetnie napisana opowieść ma mistrzowski finał.

 
Zanim przejdę do podsumowania tych krótkich wrażeń po lekturze polecam zainteresować się jeszcze jedną rzeczą. Projekt „Marvel Zombies” znany jest bowiem także z wyjątkowych okładek Arthura Suydama, który przerobił wiele klasycznych projektów (dwie z nich ilustrują dzisiejszą notkę) na takie w klimatach zombie. I wypadają one naprawdę znakomicie.

A sam komiks? Jeżeli lubicie zombie i/lub marvelowskie uniwersum koniecznie się nim zainteresujcie. Dostaniecie krotką, lekką i zabawną historię, która zafunduje Wam jazdę bez trzymanki od pierwszej do ostatniej strony. A niech najlepszą rekomendacją będzie to, że to właśnie „Marvel zombies” udała się nie lada sztuka zachęcenia mnie do nadrobienia „Żywych trupów”.

poniedziałek, 13 maja 2013

"Przegląd końca świata: Feed" Mira Grant



Mimo pozytywnych opinii na temat „Przeglądu końca świata” długo zwlekałem z nabyciem pierwszego tomu z cyklu „Newsflash” Miry Grant. Z jednego powodu – tematyki zombie. Muszę bowiem się do czegoś przyznać. Jestem wielkim fanem „Nocy…” i „Świtu Żywych Trupów” Romero, ale mimo mojego uwielbienia dla tych filmów nie jestem fanem zombie, które uważam za najmniej ciekawe i mające najmniej do zaoferowania z klasycznych horrorowych monstrów. Co więcej, nie wiem skąd współczesna moda na zombie, które jak można odnieść wrażenie są w tej chwili dosłownie wszędzie. Od razu przyznam się do czegoś jeszcze – zwlekanie to był bardzo duży błąd, bo dawna nie bawiłem się przy lekturze tak dobrze jak przy „Przeglądzie końca świata”. 

 
A kluczem do tego okazał się być fakt, że Mira Grant wykorzystała zombie zaledwie jako tło. Oddajmy na chwilę głos jednej z głównej bohaterek, którą jest Georgia Mason.

„Zombie są tutaj i nigdzie się nie wybierają, ale nie są tematem. Byli przez jedno gorące, okropne lat na początku wieku, ale teraz są tylko kolejnym elementem krajobrazu. Odegrali swoją rolę – zmienili świat. Absolutnie wszystko.”

A wszystko zaczęło się w 2014 roku. Dzięki postępowi medycyny, ludzkość przestała mieć problemy z rakiem oraz przeziębieniem. Niestety wystąpiły skutki uboczne i okupiono to epidemią żywych trupów. Teraz mamy rok 2040. Epidemii nie udało się wyleczyć, ale nauczono się funkcjonować i żyć z cieniem zombie w tle. Rodzeństwo Georgia i Shaun Mason oraz ich przyjaciółka Georgette Meissonier tworzący ekipę bloggerów, stają przed ogromną szansą zawodową. Dostają się bowiem do sztabu dziennikarskiego Senatora Rymana, który ma spore szanse na wybór na stanowisko Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wkrótce kampania senatora zaczyna się borykać z różnymi problemami, a ekipa „Przeglądu końca świata” wpada na trop politycznego spisku.
 
Samo otwarcie mnie nie powaliło, a ucieczka przed zombie trąciła mi taniochą rodem z „Resident Evil”. Ale nie dajcie się zwieźć tym horrorowym początkiem, bo „Feed” to przede wszystkim precyzyjnie poprowadzony i wciągający polityczny dreszczowiec, poruszający także kwestię odpowiedzialności mediów. Siłą książki jest fantastycznie skonstruowany świat przedstawiony. W większości przypadków obserwujemy epidemię zombie w rozkwicie. W tym przypadku można mówić o swoistej literaturze post-apokalitptycznej. Mirze Grant udało się stworzyć kompleksowy, dogłębnie przemyślany i w 100% wiarygodny świat. I widać to począwszy od testów na obecność wirusa (których liczba na stronach książki przekracza chyba cyfrę z trzema zerami), poprzez koncepcję systemu prawnego, a skończywszy na wizji świata mediów po apokalipsie. Można odnieść wrażenie, że autorka pomyślała o wszystkim.

Sama opowieść także zasługuje na uznanie. Nie jest to możne odkrywanie przysłowiowej Ameryki, ale intryga polityczno-sensacyjna prowadzona jest bardzo sprawnie, mknie od jednego zwrotu akcji do drugiego i do tego niesie za sobą spory ładunek emocjonalny. Całość dziennikarskiego śledztwa i rosnące poczucie zagrożenia przypominają zaś takie klasyki gatunku jak „Wszyscy ludzie prezydenta”. Gwarantuję, że od pewnego momentu trudno od powieści się oderwać i nawet może nieco zbyt hollywoodzki finał nie psuje dobrego wrażenia. 

Ale tak jak wcześniej wspomniałem wątek polityczny to nie wszystko. „Przegląd końca świata” to także powieść o sile mediów (to dzięki niezależnym mediom w dużej mierze udało się opanować epidemię zombie) i mediach jako takich. Ci, którzy otworzyli szeroko oczy na moją wzmiankę o filmie Alana J. Pakuły niech się przesadnie nie dziwią. W obu przypadkach jesteśmy świadkami dziennikarskiego śledztwa prowadzonego na przekór otoczeniu i ludziom Władzy. Śledztwa prowadzonego w imię odpowiedzialności mediów, w imię prawdy i z poczuciem misji. Powiem Wam, że moim zdaniem powieść młodej amerykanki powinna być obowiązkową lekturą na studiach dziennikarskich. Żyjemy pod dyktando newsów, których trwałość w Internecie to czasem kilka minut. Jesteśmy zalewani potopem informacji. Niestety co raz trudniej o wartościowe dziennikarstwo z prawdziwego zdarzenia. O pisanie, jak to ujęto w powieści, aby prawda wyszła na jaw, a ludzie nauczyli się myśleć. Chciałbym żeby dziennikarze nie traktowali czytelników jak idiotów i starali się dociec sedna zdarzeń, a nie tylko szukali chwytliwego newsa. I o tym także jest ta książka. 

„Przegląd końca świata” to dla mnie największe pozytywne zaskoczenie ostatnich miesięcy. Wciągająca i grająca na emocjach opowieść, w fantastycznie wykreowanym post-apokaliptycznym świecie i do tego poruszająca bardzo intrygujące tematy. Czy można chcieć więcej od powieści popularnej? Ja z niecierpliwością czekam na kolejne tomy i mam nadzieję, że wydawnictwo SQN, któremu zawdzięczamy sprowadzenie „Feed” na polski rynek nie da mi długo czekać.