Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sound tropez studio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sound tropez studio. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2014

Conan Barbarzyńca - "Królowa Czarnego Wybrzeża" - Brian Wood

Uwaga: Preferujących podcast od tradycyjnej notki zapraszam na Kombinat


Choć niektórych pewnie to zaskoczy, muszę przyznać, że mam ogromną słabość do prozy Roberta E. Howarda. Zacząłem nietypowo, bo od „Tygrysów morza”. Na kartach tego zbioru pojawiają się tak klasyczni bohaterowie jak Bran Mak Morn, czy Cormac Mac Art, ale sam zbiór (choć na ile go pamiętam to chyba niesłusznie) jest obecnie chyba dość zapomniany. Dla mnie jest jednak o tyle istotny, że awanturniczo-przygodowy klimat opowiadań w nim serwowanych (podszyty dodatkowo dawką grozy) wciągnął mnie w świat twórczości Howarda tak mocno, że wkrótce sięgnąłem po jego inne dokonania, w tym najbardziej ikoniczny cykl o Conanie Barbarzyńcy. 

O Cymeryjczyku miałem pisać już dawno, przy okazji serii wznowień jakie w 2011 roku zaczęło serwować nam wydawnictwo Rebis. Dodam świetnej serii. Pięknie wydanej, zawierającej sporą ilość ciekawostek i niepublikowanych fragmentów. Dla fanów prawdziwa gratka, zebrana w trzech opasłych tomach. Miałem pisać, ale dawkując sobie te opowieści cały czas nie zakończyłem lektury. Tym sposobem mimo, że o Howard pojawił się u mnie już kiedyś przy okazji „Królestwa cieni”, to zanim o jego najbardziej znanych dziełach opowiem bardziej kompleksowo,  dziś zajmę się specyficzną adaptacją jednej z najbardziej klasycznych historii o Cymeryjczku, „Królowej Czarnego Wybrzeża”. 

 
A adaptacja ta jest nietypowa podwójnie. Po pierwsze mamy do czynienia z adaptacją komiksu, po drugie dokonano jej w formie słuchowiska. Za projekt odpowiada, podobnie jak w przypadku także przeze mnie omawianych „Żywych trupów” studio Sound Tropez. Słuchowisko to obejmuje pierwsze sześć zeszytów runu Braina Wooda, który w latach 2012-2014 stworzył dla wydawnictwa Dark Horse Comics 25 zeszytowy cykl o Conanie Barbarzyńcy. Cykl o tyle interesujący, że z jednej strony stanowił sam w sobie wierną adaptację opowiadania „Królowa Czarnego Wybrzeża”, z drugiej zaś robił z niego tylko klamrę dla rozszerzonej wersji historii związku Belit i Conana. Ale to wiem teraz, po tym jak poczytałem o samym komiksie. I jest to o tyle istotne, że niestety nieświadomość w tym zakresie trochę negatywnie wpłynęła na mój odbiór całości. 

Ale po kolei. „Królowa Czarnego Wybrzeża” to mój drugi kontakt ze słuchowiskami Sound Tropzez, zatem wiedziałem już czego się spodziewać. I nie czarujmy się, pod kątem realizacyjnym studio prezentuje poziom zbliżony do perfekcji. Udźwiękowienie jest świetne i to zarówno pod kątem odgłosów otoczenia (jak w przypadku morskiej podróży), jak również (a może przede wszystkim) w trakcie bardzo dynamicznych sekwencji walk. Ale o ile ten segment wypada znakomicie to pozostałe, choć dobre nie są niestety pozbawione wad. Po pierwsze kwestia muzyki (a przypomnę, że w „Żywych trupach” bardzo chwaliłem ten element), która jest momentami świetna (jak wszystkie lekko folkowe zaśpiewy, kojarzące mi się z muzyką Afryki i jakkolwiek szumnie by to nie zabrzmiało, pachnące wręcz egzotyką), a momentami wybijała mnie totalnie z rytmu (kompletnie niezrozumiałe wykorzystanie ostrych gitarowych riffów). Po drugie obsada. Większość aktorów spisała się w mojej ocenie bardzo dobrze. Sprawdził się Krzysztof Banaszyk w dość istotnej (ale o tym za chwilę) roli narratora. Bardzo mi się spodobała Magdalena Boczarska w roli Belit, a obsada drugoplanowa (z Piotrem Zeltem i Adamem „Nergalem” Darskim na czele) wypadła bardzo przekonująco. Niestety mam spory problem z głosem Conana. Gra go Szymon Bobrowski, który w „Żywych trupach” był jak najbardziej w porządku. Tutaj od samego początku nie mogłem się do niego przekonać. Najpierw uznałem, że ma głos za młody, miękki. Ale wkrótce przypomniałem sobie, że przecież mamy tu do czynienia z jedną z wcześniejszych przygód Cymeryjczyka, więc to można zaakceptować. Gorzej z samą jego grą, która momentami jest całkiem niezła, ale momentami mam wrażenie niezbyt trafiająca w ton. Nazbyt ekspresyjna, lub wręcz odwrotnie jakaś taka miałka. Oczywiście mam świadomość, że bardzo dużo zależeć będzie od waszego osobistego podejścia, ale moim zdaniem to nie był najszczęśliwszy wybór obsadowy.

 
Wspomniałem wcześniej, że mam problem z samą fabułą i już mówię o co chodzi. „Królowa Czarnego Wybrzeża” jest dość powszechnie uważana, za jedną z najlepszych opowieści o Conanie i w pełni mogę zrozumieć taki stan rzeczy. Ten czterdziestostronicowy tekst to swoista kwintesencja tego co w tej prozie najlepsze (uprzedzając pytania, ja widzę wiele wad tej literatury ale i tak trafia ona idealnie do mojego wewnętrznego dziecka). Od samego początku jesteśmy wrzuceni w wir akcji, kiedy to śledzimy Conana uciekającego z przed gwardzistami w portowym Argos. I tempo nie zwalania aż do samego, krwawego finału. A po drodze czego tu nie ma. Bitwy morskie, piękna Królowa Piratów, dżungla i walki z mitycznymi potworami. Krótko mówiąc. Miłość, krew i przygoda. Brain Wood na kartach komiksu rozpisał jednak historię Conana i Królowej Piratów na nowo, gdzie tylko pierwsze trzy i ostatnie cztery zeszyty stanowią adaptacją „Królowej Czarnego Wybrzeża”. Jak widzicie zatem słuchowisko nie stanowi zamkniętej całości, a tylko swoiste preludium do dalszych wydarzeń. Warto o tym wiedzieć, bo w moim odczuciu, choć teoretycznie opowieść którą dostajemy może bronić się sama, to jednak historia sprawia wrażenie mocno i dość nienaturalnie uciętej. I choć teraz wiem, że to pokłosie rozpisania całości na kartach komiksu to pewnie właśnie przez to trochę się fabułą zawiodłem. Mam wrażenie, że w przeciwieństwie do książkowego oryginału całość rozwija się powoli. Nie wiem czy to kwestia istotnej roli narratora, który snuje niejako całą opowieść tworząc jak podejrzewam klamrę dla całej zawartej na karatach komiksu opowieści. Ale choć akcji też znajdziemy tu sporo to czegoś mi zabrakło i coś nie do końca mi tutaj zagrało. Mimo to powiem przekornie tak. Chętnie posłuchałbym dalszego ciągu. Mam bowiem podejrzenia, graniczące z pewnością, że gdybym od razu miał pod ręką dalszy ciąg bawiłbym się lepiej, a mój zawód związany z pewnym ucięciem akcji szybko zostałby zamazany. 

Jak widać mam zatem mały zgryz z „Conanem Barbarzyńcą”. Ze spodziewanej adaptacji „Królowej Czarnego Wybrzeża”, dostałem póki co tylko fragment, rola główna nie do końca mnie przekonała, a gitarowe riffy wybijały mnie mocno z rytmu. Ale z drugiej strony czuć w tym wszystkim ducha Howarda, a dla mnie jako miłośnika jego prozy to zawsze duży plus. No i Sound Tropez po prostu wie jak powinno się robić dobre słuchowisko. Choć nie jest to rzecz dla każdego, to pomimo moich zastrzeżeń mam jednak nadzieję, że tak jak w przypadku ich innych projektów Studia dostaniemy wkrótce dalszy ciąg. Bardzo chętnie przekonam się jakie perypetie Brian Wood dopisał fantastycznemu duetowi Conana i Belit, Królowej Piratów.


czwartek, 12 grudnia 2013

"Żywe trupy" wersje nieklasyczne



Podejrzewam, że rozpoczynając serię „The Walking Dead” (wydawaną u nas jako „Żywe trupy”), jej ojciec czyli Robert Kirkman nie spodziewał się jaki statut ona osiągnie. A to właśnie popularność jaką zdobyła ta wielokrotnie nagradzana historia, jest jednym z najważniejszych czynników tryumfalnego powrotu tematyki zombie do szerokiego obiegu. Seria jest nieprzerwanie kontynuowana od 10 lat i sama w sobie stała się rozpoznawalną marką. Powstał serial, wykreowany świat pojawił się w grze przygodowej od Telltale Games, a niedawno wydano słuchowisko na motywach pierwszych albumów. Podejrzewam też, że to tylko wierzchołek góry lodowej jaką jest aktualnie „The Walking dead”. Mimo wielu pozytywnych opinii o komiksie, moja niechęć do tematyki spowodowała, że swą przygodę z uniwersum zacząłem niejako od końca. Najpierw zapoznałem się z grą, a ostatnio przesłuchałem pierwsze dwa tomy słuchowiska. I to właśnie zestawienie tych dwóch mediów skłoniło mnie do podzielenia się wrażeniami.

 
Z racji, że komiksu nigdy nie czytałem, po zagraniu w „Żywe trupy” postanowiłem to zmienić. Traf chciał, że zanim sięgnąłem po wersję papierową, dzięki promocji halloweenowej na Publio.pl pobrałem za darmo właśnie pierwsze dwa tomy, czyli „Dni utracone” oraz „Wiele mil za nami”. Dystrybuowane przez Wydawnictwo Anakonda słuchowisko od Studia Sound Tropez to dla mnie kolejny dowód jak prężnym segmentem rynku są obecnie audiobooki i kolejny przykład adaptacji, którą śmiało poleciłbym każdemu kto z tym medium chciałby się zapoznać. W nagraniach wzięło udział przeszło 14 osób, w tym tak uznane grono aktorów jak Anna Dereszowska, Jacek Rozenek, czy Maria Seweryn. I trzeba przyznać, że grają swoje role przekonująco i odwalili kawał naprawdę porządnej roboty. A jak w każdym słuchowisku same aktorstwo to jedynie część tego co otrzymujemy i moim zdaniem udźwiękowienie, wszystkie efekty oraz muzyka stoją na bardzo wysokim poziomie. Szczególnie przypadła mi do gustu muzyka, klimatyczna, nieco w stylu country, która świetnie współgra z opowieścią. I wrażenia miałbym bliskie ideału gdyby nie „drobna”, ale istotna kwestia, czyli fabuła. 

Ku mojemu zaskoczeniu okazało się bowiem, że mimo iż pomysł na uniwersum jest znakomity w swej prostocie, to do samego scenariusza mam sporo zastrzeżeń. Koncepcja Kirkmana skupienia się na tych, którzy przeżyli i dynamice relacji pomiędzy nimi, jest świetna i daje spore pole do snucia ciekawych opowieści, niestety w praktyce nie jest już tak różowo. A wszystko przez rozkład i jakość punktów kulminacyjnych jakie autor nam serwuje. Nie wiem jak sytuacja wygląda w pozostałych 18 tomach, ale w pierwszych dwóch momentami robi się jak na mój gust nazbyt telenowelowo („cudowne” spotkanie Ricka z rodziną, kwestia na linii Rick-Shane-Lori i jej konsekwencje), a taka kwestia obory na farmie Herschela choć efektowana wydaje mi się po prostu głupia. Było to dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo po skończeniu przygody z grą od Telltale Games spodziewałem się scenariusza o większym ciężarze gatunkowym. I tu dochodzimy do gry „The Walking dead”, która w 2012 roku została przez wielu okrzyknięta grą roku, a mnie osobiście skłoniła aby się serią bardziej zainteresować. 


Produkcja od Telltale Games to typowa dla tego developera, epizodyczna gra przygodowa, w której jednak elementy rozgrywkowe zostały sprowadzone do minimum. Aby naświetlić o co chodzi czytelnikom, którzy nie interesują się grami video można powiedzieć, że uczestniczymy w interaktywnym video, w którym możemy wybrać ścieżki dialogowe w trakcie rozmów pomiędzy postaciami, a oprócz tego musimy wykonywać proste czynności (znaleźć przedmiot, połączyć go z innymi, rozwiązać prostą zagadkę vide „jak odpalić lokomotywę” itp.). Cały haczyk i fenomen tej wersji „Żywych trupów” polega na dwóch banalnych wydawałoby się rozwiązaniach. Po pierwsze każdy z 5 epizodów (którego przejście zajmuje ok. 2-3 godzin i które możemy traktować niczym interaktywny serial)  posiada kilka punktów kulminacyjnych, z których niemal każdy, nawet ten najmniejszy wydał mi się ciekawszy, niż te napotkane w komiksie. Po drugie, podejmowane przez nas decyzje (komu pomóc, z kim trzymać wspólny front) stwarzają genialną iluzję tego, że układamy swoją własną opowieść. Mówię o iluzji, bo wydarzenia związane z głównymi postaciami i tak będą miały miejsce, ale już choćby to w jakim składzie skończymy nasza opowieść zależy od naszych własnych decyzji. I wypada to znakomicie. Osobiście uważam, że jeżeli lubicie to uniwersum to warto z grą się zapoznać choćby w postaci filmów z youtube’a. Z tego co słyszałem o serialu to może być to dla Was ciekawsze doświadczenie. 

Grę video w świecie „Żywych trupów” uważam za świetny produkt (abstrahując od tego na ile to w ogóle gra, ale to temat bardziej dla „Alchemii gier”), a opowieść wydała mi się ciekawsza, mocniejsza, intensywniejsza i lepiej poprowadzona niż w komiksie. Oczywiście może to herezja oceniać serię po słuchowisku (nie papierowym pierwowzorze) i zaledwie po dwóch tomach (z dwudziestu). A może to po prostu kwestia poczucia budowania własnej opowieści  w grze, ale mówiąc szczerze mimo, że w trakcie słuchania bawiłem się wyśmienicie to sama historia Ricka Grimesa i jego grupy mnie nie porwała. Zważywszy na to, że jest on także protagonistą w serialu chyba to medium sobie odpuszczę i pozostanę przy grze. Tym bardziej, że drugi sezon „The Walking Dead: The game” już w drodze. I nie wykluczam, że sięgnę po dalsze tomy słuchowiska, bo to po prostu świetna rzecz.

Ps. A jeżeli chcecie posłuchać więcej o słuchowisku (szczególnie jak wypada w porównaniu do komiksu) zapraszam do Karpiowego Podcastu w którym "Żywe trupy" omawia Mando (link).