Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 sierpnia 2013

Ghost story z nawiedzonym domem w tle



Horror to gatunek w dużej mierze skonwencjonalizowany, a na przykładzie klasycznej opowieści o nawiedzonym domu widać to wyjątkowo mocno. To historie, która czytelnika lub widza obeznanego z horrorem teoretycznie nie powinny niczym zaskoczyć, a co za tym idzie przerazić. Jeżeli chodzi o mnie, nic bardziej mylnego. Nie wiem z czego dokładnie to wynika, ale ostatnie nadrabianie zaległości w temacie, doprowadziło mnie do wniosku, że ghost story potrafią mnie nadal przerazić jak chyba żadna inna opowieść grozy. I nieodmiennie mnie fascynują, tym bardziej, że sztafaż opowieści o duchach daje twórcom duże możliwości tworzenia własnych historii z dobrze znanych klocków. 

Oczywistym jest, że duża część tego rodzaju historii ma po prostu przerażać, a co za tym idzie dostarczyć rozrywki. Jednym z moich ulubionych przykładów tego rodzaju kina jest „Poltergeist” Tobe Hoopera (o którym już wcześniej pisałem tutaj). I nie ma znaczenia, że to horror przygodowy, bo mimo wielu seansów są tam sceny, które nadal mrożą mi krew w żyłach. Choć dla mnie „Poltergeist” to przykład sztandarowy (nie ma co się dziwić skoro to jeden z filmów na których się wychowałem), bardzo lubię też poważniejsze wersje tego rodzaju historii. Jak choćby „Amityville”, czy świeżutką „Obecność”, na którą zachęcony bardzo pochlebnymi recenzjami się wybrałem.

 
Najnowszy film Jamesa Wana, bardzo obiecującego twórcy, który wdarł się na salony filmowej grozy pierwszą częścią „Piły” (której tak na marginesie nie lubię), a ugruntował swą pozycję „Naznaczonym” to przykład opowieści „na faktach”. W 1971 roku słynna para badaczy zjawisk paranormalnych, Lorraine i Ed Warren, zostaje poproszona o zbadanie niewytłumaczalnych zjawisk jakie mają miejsce w posiadłości rodzinny Perron na Rhode Island. Po ich przybyciu okazuje się, że dom jest nawiedzony, a co gorsze istota demoniczna, która za tym stoi nie zamierza łatwo odpuścić. Już po tym krótkim opisie możemy zauważyć, że dzieło Wana to historia klasyczna, stawiająca na grozę w stanie czystym. I sprawdza się na tym polu bardzo dobrze, o czym możemy się przekonać już po bardzo nastrojowym otwarciu. Opowieść jest prowadzona sprawnie, a napięcie umiejętnie dawkowane. Wan wyśmienicie zna konwencję i potrafi wykorzystać tą wiedzę. Bardzo przypadły mi do gustu zabawy z oczekiwaniami widzów (zwróćcie uwagę na wykorzystanie motywu luster w pierwszej części filmu) i stojąca na wysokim poziomie strona realizacyjna. Udało mu się znakomicie oddać klimat lat 70-tych, a fantastyczne zdjęcia i efekty dźwiękowe wzmacniają dobre wrażenia. Jeżeli dodamy do tego bardzo dobre aktorstwo otrzymujemy mix niemal idealny. Niestety na diamencie znalazło się parę rys. Sprowadzają się one moim zdaniem do tego, że w końcowym montażu powinno wylecieć z filmu parę scen, które popsuły mi trochę końcowe wrażenie. Nie chcę w tym miejscu wchodzić w spojlery, więc zasygnalizuję tu jedną z nich, która moim zdaniem stanowi najpoważniejszy grzech. Nie powinno być w filmie sceny znanej z plakatu (powyżej). Nic nie wnosi, a wybija tylko widza z rytmu opowieści. Nie zmienia to faktu, że Wan udowodnił, że nadal można zrobić bardzo klasyczną, a jednocześnie przerażającą opowieść o duchach.

 
Ale jak wspomniałem jedną z rzeczy, które fascynują mnie w opowieściach o nawiedzeniach to fakt, że w tej konwencji można zaprezentować historie wykraczająco poza proste straszenie. Zbliżające się choćby do dramatu psychologicznego. Jak w przypadku „American Horror Story” (o którym więcej możecie poczytać tutaj), znakomitych „Innych”, czy „Nawiedzonego” Shirley Jackson. W ramach nadrabiania zaległości z kina grozy obejrzałem niedawno „Szepty”, który to film spokojnie mogę zakwalifikować to tego nurtu. Florance Cathcart (znakomita rola Rebecci Hall) to uznana specjalistka zajmująca się demaskowaniem fałszywych opowieści o duchach i nawiedzeniach. Jako fachowiec zostaje poproszona o zbadanie sprawy ducha w internacie dla chłopców. Podejmując się zlecenia nie wie, że przyjdzie jej zweryfikować własne przekonania i zmierzyć z demonami przeszłości. Podobnie jak w przypadku „Obecności” na najwyższe noty zasługuje realizacja. Zdjęcia, muzyka, świetne aktorstwo i umiejętnie wykorzystana sceneria angielskiej prowincji budują doskonały klimat. „Szepty” to film stonowany i stawiający na psychologię. A raczej życzyłbym sobie konsekwencji w tym podejściu. Jakieś dwie trzecie historii to naprawdę świetne kino psychologiczne, w którym twórcy poruszają wiele interesujących wątków, a jednocześnie potrafią nas nieźle nastaszyć. Niestety od pewnego momentu całość skręca w kierunku bardziej efekciarskiej historii, a finał pozostawił mnie w poczuciu rozczarowania i niedosytu. Nie zmienia to faktu, że choć uważam „Szepty” za film niedoskonały to z pewnością godny uwagi, szczególnie jeżeli lubicie wiktoriańską powieść grozy.

 
Są oczywiście dzieła, które próbują zmiksować klimat, grozę i psychologię w idealnych proporcjach. Przykładem tego rodzaju opowieści o nawiedzonym miejscu jest moim zdaniem choćby „Lśnienie” Stephena Kinga, przeniesione na kinowy ekran przez Stanleya Kubricka. Ale nie wszystkie próby są równie udane o czym niedawno dane mi było się przekonać. A to za sprawą filmu, który zapoczątkował hiszpańską ofensywę w kinie grozy czyli „Sierocińca”. W swoim czasie, film wyprodukowany przez Guilermo del Toro, zebrał mnóstwo pozytywnych opinii. Opowiada historię Laury, wychowanej w sierocińcu, która powraca do niego wraz ze swoją rodziną (w tym chorym na AIDS synem) aby założyć ośrodek dla chorych dzieci. Wkrótce mały Simon zaczyna rozmawiać z niewidzialnymi przyjaciółmi, w budynku nasilają się niepokojące zjawiska i w końcu Simon znika. Niestety w mojej ocenie „Sierociniec” okazał się klapą na całej linii, za co główną winą obarczam scenarzystę oraz początkującego reżysera. Sama historia jest bowiem interesująca i w rękach lepszych twórców otrzymalibyśmy moim zdaniem dużo lepszy produkt finalny. W tym przypadku odniosłem wrażenie, że próbowano stworzyć kompletny film o nawiedzonym domu, ale ilość elementów składowych, przy braku ich umiejętnego poskładania spowodowała, że całość jest nudna, mało angażująca i irytuje scenariuszowymi głupotami (szczególnie widocznymi w melodramatycznym finale). Tu po prostu jest wszystkiego za dużo, czego najlepszym przykładem jest wizyta ekipy łowców duchów przeniesiona jakby żywcem z „Poltergeista”. Tylko to co tam pasowało i stanowiło ważny element fabuły tu w ogóle się nie sprawdza. To jeden z tych filmów, które aż się proszę o umiejętnie zrealizowany remake. Oryginał polecam tylko najzagorzalszym miłośnikom gatunku.    

Mam poczucie, że w ramach zbiorczych wrażeń po ostatnich seansach opisałem zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo opowieści o nawiedzonych miejscach zasługujących na uwagę jest mnóstwo. Mimo upływu lat nadal tego rodzaju historie cieszą się niesłabnącą popularnością, potrafią zainteresować i przerazić. A nawet, mimo pozornej schematyczności zaskoczyć (jak choćby „Inni”). Z mojej perspektywy, miłośnika gatunku, oby tego rodzaju opowieści na wysokim poziomie powstawało jak najwięcej.

Ps. Jeżeli jesteście po seansie "Obecności" możecie poczytać więcej o oryginalnej sprawie tutaj

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Seria „Duch”



Przywykło się narzekać na „współczesną” tendencję do robienia sequeli i remakeów, zapominając, że świat filmowego horroru w zasadzie od zawsze stoi tasiemcowymi produkcjami. Niektóre giną w mrokach niepamięci, inne mimo upływu lat nadal potrafią przestraszyć. Stacja TCM zaserwowała nam w ostatni weekend przegląd serii „Duch”, co skłoniło mnie do powrotu do Cuesta Verde i sprawdzenia jak wypada seria po latach.

 
W 1982 roku pojawił się pierwszy „Duch” („Poltergeist”), który dał początek filmowej trylogii i miejskiej legendzie Hollywood o klątwie otaczającej produkcję. Film powstał według pomysłu i współscenariusza Stephena Spielberga, a za kamerą stanął świetnie znany fanom horroru Tobe Hooper. Zestawienie tych nazwisk wydaje się ciekawe i nietypowe, szczególnie jak przyjrzymy się bliżej opowieści i klimatowi filmu. Po prostu każdy kto spodziewa się dusznego klimatu „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” srodze się zawiedzie, bo nad całym filmem unosi się wyraźny duch Spielberga. Do tego stopnia, że ja oglądając film zastanawiam się, czy wybór Hoopera na reżysera nie był tylko marketingowym wybiegiem producentów mającym na celu uszczkniecie coś z legendy jego  głośnego debiutu. 

Ale zapędziłem się w dygresje, więc pokrótce przybliżę fabułę filmu. Rodzina Freeling sprowadza się na urocze (dla amerykanów, mnie zawsze takie osiedla przerażają) kalifornijskie osiedle Cuesta Verde. Pewnej nocy najmłodsza w rodzinie Carol Anne (rewelacyjna Heather O’Rourke, która jest jedną z dwójki aktorów przewijających się przez całą trylogię) zaczyna się wpatrywać w telewizor, który nadaje już tylko szum. Nagle oświadcza „Oni tu są”, co stanowi zapowiedź horroru jaki stanie się wkrótce udziałem wszystkich domowników. 

Jak widzicie fabuła nie grzeszy specjalną oryginalnością, ale Spielberg wie jak opowiadać wciągające i napakowane wydarzeniami opowieści i nie inaczej jest tym razem. Powiem szczerze, ja jestem wielkim fanem tego filmu. Mimo, że to tak naprawdę (z resztą jak cała seria) w zasadzie horror niemalże familijny, twórcy potrafią zainscenizować doskonałe i zapadające w pamięć sceny. Jak z pozoru banalna, a jakże klimatyczna scena z krzesłami, jak scena przygotowania kanapki, czy chociażby „Oni tu są”. Ilekroć widzę małą Carol Anne przed tym telewizorem mam ciarki na plecach, a jako dzieciak wyłączałem telewizor jak tylko zobaczyłem na ekranie szumy. Efekty specjalne, za które „Duch” otrzymał nominację do Oskara, w tej chwili dość mocno trącą myszką, ale ze względu na sposób ich wykonania (to jeszcze czasy przed komputerowe) nadal potrafią zainteresować.


Jako, że „Duch” odniósł ogromny komercyjny sukces, kwestia kontynuacji nie budziła wątpliwości i w 1986 roku pojawił się „Duch II – Druga strona”, za którego scenariusz odpowiadali współautorzy pierwszej opowieści. W drugim filmie wracamy do rodziny Freeling, która w rok po wydarzeniach w Cuesta Verde próbuje się uporać z przeżytą traumą. I tak, nadal nie mają telewizora. Od duchów jednak nie łatwo uciec, i okazuje się, że demoniczny pastor Kane stojący na ich czele zlokalizował Carol Anne i spróbuje znów ją pochwycić. Na planie spotkała się cała oryginalna obsada (z wyjątkiem Dominique Dunnem która grała najstarszą siostrę i została zamordowana w 1982 roku), a film rozwija wątki z poprzedniej części, wprowadzając przede wszystkim na scenę postać Kane’a. W porównaniu do poprzednika, część druga wypada mam wrażenie dużo bardziej kameralnie, próbując budować klimat zagrożenia nieco innymi środkami. Niestety mam wrażenie, że dla tego filmu czas nie był już tak łaskawy. Ma nadal niezły klimat i parę świetnych scen (absolutnie mistrzowska scena z aparatem dentystycznym, albo scena z tequilą), ale twórców zawiodło trochę wyczucie tempa opowieści, przez co film momentami się dłuży. 

 
Mimo, że kontynuacja nie powtórzyła sukcesu oryginalnego „Ducha” jej dobre wyniki zaowocowały domknięciem trylogii w 1988 roku filmem „Duch III”. Z oryginalnej ekipy ostała się tylko Heather O’Rourke grająca Carol Ann oraz Zelda Rubinstein grająca niezmiennie medium – Tanginę, a nowi twórcy zdecydowali się na dość ryzykowny ruch. Przenieśli Carol Ann z przedmieść do rodziny, która mieszka w nowoczesnym wieżowcu w Chicago. Mówię, że ruch był ryzykowny, bo dość mocno odcinał się od poprzednich dwóch części, ale w pełni się to opłaciło. W mojej ocenie domkniecie trylogii wypada naprawdę dobrze, co zawdzięczamy świetnej obsadzie, z Heather O’Rourke, która nadal potrafi zmrozić krew w żyłach na czele oraz bardzo pomysłowemu rozwiązaniu kwestii pojawiania się duchów, do czego wykorzystano mróz i lustra. „Duch III” ładnie zamyka główny wątek i mimo upływu lat nadal bawi.

Seria „Duch” (a szczególnie kontynuacje) jest chyba dość zapomniana i bardziej kojarzona jest z „klątwy” niż z samych filmów. O „klątwie” zrobiło się głośno kiedy kilka osób związanych z produkcją zmarło w tragicznych okolicznościach, jak wspomniana Dominique Dunne, czy przede wszystkim nieodżałowana Heather O’Rourke, która stanowiła wizytówkę serii. Chyba miejska legenda spowodowała, że o serii mówi się dziś głównie w tym kontekście zapominając, że cała trylogia to naprawdę porządny kawał kina. Ja szczególnie polecam pierwszą i ostatnią odsłonę, ale całość naprawdę trzyma niezły poziom i mimo upływu lat potrafi dostarczyć porządnej porcji rozrywki. Rozrywki, bo tak jak wspomniałem „Duch” to dla mnie horror familijny, idealny do wspólnego oglądania z dzieciakami. Szczególnie jeżeli za dużo przesiadują przed telewizorem.