Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Batman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Batman. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 sierpnia 2012

Batman - nowości komiksowe


Batman ma w Polsce zdecydowanie swoje 5 minut. Na ekranach kin nadal gości „Mroczny Rycerz powstaje”, a tymczasem wydawnictwo Egmont zaserwowało nam w krótkim czasie kilka bardzo interesujących premier. W ramach serii „Obrazy grozy” ukazał się „Joker”, zaś na dniach ukazały się aż trzy albumy: „Najlepsze opowieści”, „Nawiedzony Rycerz” oraz wznowienie legendarnego „Powrotu Mrocznego Rycerza”. Szczęśliwym trafem udało mi się zapoznać z trzema z czterech premier Egmontu i nie żałuję ani minuty spędzonej w Gotham.


„Joker” z 2011, roku duetu Brian Azzarello, Lee Bermejo to opowieść dość nietypowa jak na Batmanowskie uniwersum.  Zgodnie z tytułem, głównym bohaterem opowieści jest bowiem Nemezis Batmana – Joker. Historia zaczynająca się od słów „Nie znam szczegółów… Nadal nie wiem dlaczego, ale tak było… Jokera wypisano z Azylu Arkham…” to opowieść o Jokerze, który po długiej nieobecności, odzyskuje utracone w przestępczym świecie Gotham wpływy. Widać, że komiks powstał niedawno. Podejrzewam, że między innymi dzięki wpływom Nolanowskiej („realistycznej”) koncepcji Batmana śledzimy opowieść utrzymaną w konwencji mrocznego kryminału. Mamy okazję spotkać cały szereg barwnych postaci, znanych świetnie fanom Batmana i śledzić (autodestrukcyjne?) ruchy Jokera, które doprowadzają do finałowej konfrontacji z Mrocznym Rycerzem. Historia ma swoje wzloty (początek!) i upadki, ale sam finał i spuentowanie całości uważam za bardzo udane. Co więcej, na szczególne uznanie zasługuje strona graficzna przedsięwzięcia, za którą odpowiadali Lee Bermejo (min. „Bastion” na podstawie prozy Stephena Kinga), Mick Gray oraz Patricia Mulvihill. Rysunki utrzymane w realistycznej konwencji są pełne szczegółów, dosadne i drapieżne. Perfekcyjnie sprawdzają się jako integralna część opowieści snutej przez Azzarello. Bardzo dobry projekt, choć jego wydanie w ramach serii „Obrazy grozy”, obok takich tytułów jak „Jestem legendą”, czy „Hellraiser” wydaje mi się cokolwiek dziwne.


„Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera z 1986 roku to po prostu żywa legenda i komiks uznawany za jeden z najważniejszych w historii Batmana. Komiks wielokrotnie dyskutowany i wychwalany, z którego pełnymi garściami czerpał także Christopher Nolan tworząc swoją trylogię. Ja osobiście z tą historią spotkałem się po raz pierwszy i mogę tylko powiedzieć, że sława tego albumu jest w pełni zasłużona. To zupełnie inna opowieść niż „Joker”. Widać to wyraźnie już po stronie graficznej (autorstwa Franka Millera, Klausa Jansona oraz Lynn Varley), która jest oszczędna (szczególnie jeżeli chodzi o kolorystykę) i daleka od realistycznej kreski Bermejo. Wydaje mi się, że dla współczesnego czytelnika (nie wyłączając mnie) przyjęta konwencja graficzna wymaga pewnego  przystosowania. Nie dajcie się jednak zniechęcić. Snuta przez Millera historia to po prostu rewelacyjna opowieść, którą można analizować na wielu płaszczyznach. 

Na pierwszym planie mamy podstarzałego Batmana, który po 10 latach nieobecności wraca aby znów zaprowadzić w Gotham porządek. Na drugim obserwujemy media i ich rolę w kreowaniu otaczającej rzeczywistości. Na plan trzeci wysuwa się establishment (burmistrz Gotham, komisarz Policji, Prezydent Stanów Zjednoczonych)… A to tylko wierzchołek góry lodowej. Scenariusz zamknięty na ponad 200 stronach to opowieść pełna niuansów (wielu pewnie bez znajomości historii komiksu w ogóle nie zauważyłem), wielowątkowa i zaskakująca (nadal nie mogę uwierzyć, że na kartach komiksu pojawia się między innymi TEN drugi ze stajni DC Comics). Można ją odczytywać na wielu płaszczyznach i jak w przypadku dzieł wybitnych każdy zwróci uwagę na coś innego. W ogólnym rozrachunku mi ten album przypomina inne wybitne dzieło -  „Strażników” Alana Moore’a. Nie ważne jednak jak Wy odczytacie historię Millera. Warto się z nią zapoznać, bo mimo ponad 25 lat na karku to przykład naprawdę doskonałego komiksu. 


„Batman” Nawiedzony Rycerz” - album zbierający trzy Halloweenowe opowieści autorstwa Jepha Loeb’a oraz Tima Sale’a to przykład Batmana jakiego lubię chyba najbardziej. Zebrane w albumie historie, jak wspomina w świetnym wstępie Archie Goodwin, powstały jako autonomiczne opowieści, które miały odkrywać nowe oblicze Batmana oraz jego otoczenia. Ze swojej strony dodam, że umieszczenie akcji w Halloween to zabieg perfekcyjny. Czy może być lepsze otoczenie dla Mrocznego Rycerza niż noc w której wspominamy zmarłych i konfrontujemy się ze swoim strachem? 

W albumie zebrano trzy opowieści. „Strachy” w której Batman mierzy się z Jonathanem Cranem – Strachem na Wróble i w której przyjdzie mu poznać swoje największe lęki. W segmencie „Szaleństwo”, inspirowanym „Alicją w Krainie Czarów”, wrócimy do ważnych wydarzeń z dzieciństwa Bruce Wayne’a. W „Duchach”, inspirowanych „Opowieścią wigilijną” Dickensa, spotkanie z Pingwinem prowadzi do nieprzewidzianych konsekwencji… Dlaczego wspominam o tym, że takie komiksy lubię najbardziej? Każdy z tych krótkich tekstów opowiada świetną historię, która doskonale poszerza uniwersum Batmana i rzuca nowe światło na jego życie i działalność. Świetna kreska i doskonałe scenariusze to niekwestionowana siła tego albumu.   

Różni autorzy, różne style, różne historie. Każda inna ale wszystkie co najmniej bardzo dobre, albo wręcz wybitne. Cieszę się niezmiernie, że mogłem się z nimi zapoznać i zachęcam Was do tego samego. Ze szczególnym uwzględnieniem albumów Millera oraz duetu Loeb/Sale. Ale muszę dorzucić łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Powiem otwarcie, że nie rozumiem polityki wydawniczej Egmontu. Z jednej strony wydawnictwo na każdym kroku narzeka na upadający rynek komiksu w Polsce, z drugiej strony zamiast zdecydować się na paperbackowe wydania komiksów, które mogłyby mieć ludzką cenę, decydują się na wydawanie niewielkich nakładów, ekskluzywnie wydanych albumów za pieniądze, które wydają mi się dość absurdalne. Chyba nie tędy droga. Kiedy uczyłem się komiksu na „Kajko i Kokosz”, czy „Thorgalu” twarda okładka i kredowy papier to była fikcja, ale albumy mimo wielokrotnego czytania nie ulegały jakoś zniszczeniu. Czy teraz nie możemy mieć więcej komiksów, w mniej ekskluzywnym wydaniu i niższej cenie?  

niedziela, 29 lipca 2012

„Mroczny Rycerz powstaje” Christopher Nolan


Rok 2012 obfituje w długo oczekiwane premiery kinowe. Wystarczy wspomnieć opus magnum z uniwersum Marvela czyli „Avengers”, czy powrót Ridleya Scotta do Obcego czyli „Prometeusza”. Ale nie zaryzykuję dużo twierdząc, że najbardziej oczekiwaną premierą tego roku było zwieńczenie trylogii Nolana o Batmanie. „Batman: Początek” okazał się wyjątkowo udanym powrotem Batmana na kinowe ekrany, a „Mroczny Rycerz” szybko stał się żywą legendą, która wywindowała oczekiwania wobec nowego filmu Nolana do niespotykanych poziomów. Poziomów podkręconych jeszcze informacją, że ostatni film z trylogii będzie się opierał między innymi na jednej z najważniejszych historii w uniwersum Batmana - „Knightfall”, w której Bane” łamie” Człowieka Nietoperza. Czy finał trylogii spełnia nadzieje fanów?


Pamiętamy mocne zakończenie „Mrocznego Rycerza”. Akcja rozpoczyna się w 8 lat po tamtych wydarzeniach. Gotham dzięki restrykcyjnemu prawu staje się miastem wolnym od poważniejszych przestępstw. Bruce Wayne kontuzjowany i pogrążony w apatii nie opuszcza swej posiadłości. Nie wie, że już wkrótce przyjdzie mu znów przywdziać pelerynę w obronie swego miasta. Pojawia się bowiem Bane, zamaskowany najemnik mający dwa cele - zniszczyć Gotham oraz złamać na ciele i duchu Batmana.

Ku mojemu zaskoczeniu dwa najbardziej kulejące elementy to rozegranie postaci Bane'a i główna oś fabularna. Przed seansem narzekałem na wygląd Bane’a, który jest daleki od kanonów uniwersum (podejrzewałem jednak, że wygląd Nemezis Batmana został przez Nolana zmieniony w związku z jego dążeniem do urealnienia świata). Okazało się, że Tom Hardy wypada w roli Bane’a znakomicie, ale odarcie tej postaci ze wspomagania Jadem jest nadal dla mnie niezrozumiałe. Po pierwsze nie znajduję w tym momencie uzasadnienia dla „Lovecraftowskiej” maski (wytłumaczenie tego stanu jest cokolwiek mizerne), a po drugie w tym momencie okazuje się, że legendarnego Batmana „złamał” zwykły, ambitny osiłek… Co gorsze, poprowadzenie głównego wątku mam wrażenie mocno kuleje. Przejęcie i zniszczenie miasta aby pognębić Batmana? Nie kupuję tego, a sposób realizacji akcji (choćby okres jej trwania, ale nie tylko) wydaje mi się jeszcze bardziej naciągany. Najgorzej zaś wypada dla mnie sam finał, który został zabity przez dosłowność. I chyba nigdy nie zrozumiem decyzji Nolana w tym względzie. Nie bał się ciężkiego zakończenie „Mrocznego Rycerza”, a tutaj? Nie chodzi o prosty happy end. Mam wrażenie, że zostałem potraktowany jak idiota, który nie umie dodać dwa do dwóch. Czy twórcy nie wiedzą, że umiejętne niedopowiedzenie działa dużo silniej na wyobraźnię niż dosłowność?

Ponarzekałem i chyba nawet za mocno, bo to naprawdę kawał świetnego kina. Otoczenie Batmana wypada znakomicie. Komisarz Gordon, detektyw Blake (nowa postać w świecie Batmana), Lucius Fox oraz oczywiście Alfred to postacie naprawdę dobrze napisane i świetne zagrane (na szczególne wyróżnienie zasługuje Michael Caine jako Alfred – czysta perfekcja). Pojedynek Batmana z Bane’m, który elektryzował wszystkich, wzbudza naprawdę ogromne emocje. Ta sekwencja na pewno przejdzie do historii. Przejęcie władzy w Gotham przez Bane’a to spektakl po prostu niesamowity. Nolanowi udała się nie lada sztuka zaprezentowania upadającego miasta. Poczucie beznadziei jakie zaczyna towarzyszyć bohaterom udziela się widzowi. To naprawdę doskonała sekwencja. Mocna i szokująca. Ale moim skromnym zdaniem cały film kradnie Selina Kyle czyli Kobieta Kot. Postać złodziejki, perfekcyjnie zagranej przez Anne Hathaway, ze świetnie napisanymi dialogami, które doskonale rozładowują patos słów jakie przyszło recytować Batmanowi sprawdziła się wyśmienicie. Sekwencje z jej udziałem to ozdoba całego filmu. 

„Mroczny Rycerz powstaje” jest jak „Powrót Jedi” w stosunku do „Imperium kontratakuje”, to film nadal bardzo dobry w swojej klasie, ale niestety niewytrzymujący porównania z wielkim poprzednikiem. Perfekcyjnie rozgrywający niektóre elementy, ale idący na zbyt duże skróty w innych. Film Nolana moim zdaniem nadal bije na głowę Marvelowskie produkcje, z „Avengers” na czele, choćby ze względu na fakt, że stara się mierzyć z ważnymi tematami (zwróćcie choćby uwagę gdzie rozpoczyna się rewolucja Bane’a). To na pewno godne zwieńczenie trylogii, choć mnie osobiście cały czas brakuje trochę komiksowego sznytu jaki w przednolanowskich ekranizacjach był widoczny, szczególnie mocno w wizji Gotham, może najważniejszego bohatera z uniwersum Batmana. W Gotham Nolana Batman pomału przestaje być potrzebny. Każdy w końcu może być bohaterem.