niedziela, 27 kwietnia 2014

"Banshee"



Jakiś czas temu, poszukując interesującego serialu sensacyjnego trafiłem na „Banshee”. Siadając do seansu wiedziałem w zasadzie tylko jedno. Że to serial wyprodukowany przez Cinemax czyli jeden z kanałów grupy HBO. Nie zmienia to faktu, że nawet tak skromna wiedza wystarczyła abym zbudował sobie pewne wyobrażenie tego co mogę otrzymać. Część z tychże wyobrażeń się sprawdziła, ale mimo to twórcom udało się mnie zaskoczyć. Zarówno negatywnie jak i pozytywnie, bo „Banshee” to produkcja zaiste przedziwna.

Opowieść rozpoczyna się kiedy to Bezimienny, były skazaniec ścigany przez gangsterów, ucieka z Nowego Jorku do małej miejscowości w Pennsylvanii czyli tytułowego Banshee. Wybór miejsca nie jest przypadkowy. Po odsiedzeniu piętnastu lat w więzieniu, chce tam bowiem odnaleźć swoją wielką miłość, z którą lata temu popełnił feralną kradzież diamentów. Pojawiwszy się w miasteczku trafia do baru w którym spotyka Lucasa Hooda. Człowieka, który utrzymuje, że nie ma w zasadzie żadnych przyjaciół i rodziny, a właśnie przyjechał z daleka aby objąć funkcję Szeryfa w lokalnej policji. Niestety w trakcie bójki z miejscowymi bandytami Hood ginie, a Bezimienny w samoobronie zabija napastników. Pech Hooda okazuje się szczęśliwym trafem dla drugiego z nowo przyjezdnych, który decyduje się przejąć jego tożsamość i posprzątać swoje sprawy. 



Fabularnie początek mnie zaintrygował. Tym bardziej, że już w pierwszym odcinku mamy szansę się przekonać o tym co jest moim zdaniem siłą tego serialu – świetnie wymyślonym świecie przedstawionym i fantastycznie napisanych postaciach. Niestety wychodzą też wszystkie jego wady, ale po kolei. Mówię o fantastycznie wymyślonym świecie, bo Banshee to miasteczko stworzone niczym piaskownica do kreowania świetnych historii. To mała mieścina, w której istotna część społeczeństwa to Amisze. Mieścina w której obrębie mieści się rezerwat Indian Kinaho. Mieścina w której jednym z podstawowych pracodawców jest wielka fabryka przerobu mięsa prowadzona przez byłego amisza, który jednocześnie jest słynącym z bezwzględności gangsterem trzęsącym lokalnym światem przestępczym. I w końcu to miejsce spotkania dawnych kochanków i złodziei ściganych przez ukraińską mafię. Ona po piętnastu latach ma poukładane życie, dwójkę dzieci i męża prokuratora. On nie ma nic. Oprócz skradzionej tożsamości i gwizdy szeryfa na piersi. Wyobraźcie sobie teraz, że wszystkie te środowiska się przenikają. Każdy ma swoje interesy i wpływy, których łatwo nie będzie chciał oddać. Widzimy przelotne sojusze wrogów i ataki ze strony dotychczasowych przyjaciół. A wszystko to powoduje, że w Banshee nic nie jest czarno – białe. Wszystkiego jest tu sporo i jeżeli macie wrażenie lekkiego przerysowania to moim zdaniem macie rację. Przez taką konstrukcję świata (i postaci o których zaraz więcej) ja miałem momentami wrażenie pewnej „komiksowości”. Nie zmienia to jednak faktu, że ogląda się to wszystko ze sporym zainteresowaniem. 

Niestety tu pojawia się jednak moje pierwsze poważne „ale”, które spowodowało, że niemal rzuciłem serial po paru pierwszych odcinkach. Scenarzyści stworzyli naprawdę ciekawy świat, ale moim zdaniem (szczególnie w pierwszym sezonie) poradzili sobie średnio z samym prowadzeniem opowieści. Kiedy spojrzałem, że wszystkie dziesięć odcinków pierwszego sezonu napisali główni twórcy serialu czyli Jonathan Tropper i David Schickler przecierałem oczy ze zdumienia. Chaos pośród wątków jest tak duży, że byłem święcie przekonany, że całość pisało ze dwudziestu różnych scenarzystów. Nie wiem czy to kwestia braku doświadczenia obu panów („Banshee” to ich debiut na ekranie – obaj są pisarzami), ale momentami trudno się ten serial ogląda. Niektóre wątki są prowadzone przez kilka odcinków tylko po to aby rozpłynąć się w niebycie bez żadnego wyjaśnienia. Inne pojawiają się nagle powodując, że postacie zachowują się nie tylko wbrew logice, ale także wbrew swoim dotychczasowym zachowaniom. A co gorsza, zdarzają się także sekwencje po prostu głupie. I to nawet biorąc poprawkę na wspomnianą wcześniej pewną komiksowość całości. Na szczęście moim zdaniem im dalej tym lepiej, a drugi sezon jest pod kątem scenariusza zdecydowanie na wyższym poziomie. Wszystko, poza bodaj jedną irytująco durną sceną, którą zaserwowano nam w samym finale, jest zdecydowanie spójniejsze i lepiej prowadzone. Co na marginesie jest o tyle ciekawe, że przy nim pracowało nie dwóch, a pięciu różnych scenarzystów.


Ale oprócz świetnego pomysłu na świat przedstawiony to co najbardziej przypadło mi do gustu to bohaterowie. Galeria postaci jakie twórcy wykreowali byłaby w stanie zaludnić kilka innych seriali. Mało tego „Banshee” to serial w którym fascynujące potrafią być nawet postacie drugo i trzecioplanowe. Każda z nich jest indywidualnie nakreślona, fajnie zagrana i ma za sobą ciekawą historię. Nie będę się starał opisać wszystkich, ale przedstawię Wam kilku moich ulubieńców. Jak Kai Proctor, czyli były Amisz i lokalny gangster, który nosi się jak zwykły biznesman. Nie dajcie się jednak zwieźć. To gość, który nie boi się ubrudzić sobie rąk (co widać choćby w kapitalnej scenie z końcówki pierwszego sezonu kiedy mamy okazję go zobaczyć z AK-47). I choć on potrafi przykuć uwagę, to równie fascynującą postacią jest choćby jego tajemniczy przyboczny Clay Burton. Noszący się również w garniturze, z muszką i w okularach w rogowych oprawkach. Wygląda jak kujon z lat pięćdziesiątych. Wypowiada w całym serialu zaledwie kilka zdań, a w moim odczuciu potrafi zawładnąć ekranem w każdej scenie w której się pojawia. Ale najfajniejszą postacią jest Job. Kumpel Bezimiennego ze starych czasów. Wybitny haker (to on/ona stworzyła podkładkę pod „nowego” Lucasa Hooda) i transwestyta. Możecie wierzyć lub nie, ale Job kradnie każdą scenę w której się pojawia. Postać jest kapitalnie zagrana, a jeszcze lepiej napisana. Job to mistrzyni ciętej riposty o niewyparzonej gębie, więc niemal każdy dialog z jej udziałem to prawdziwa uczta.  

Dziwić może brak pośród mych ulubieńców głównego bohatera, czyli Bezimiennego znanego później jako Lucas Hood. Cóż w mojej ocenie to kolejna postać fajnie zagrana, ale nie wybija się tak bardzo jak wcześniej wymieniona trójka. Niemniej, bardzo spodobał mi się sam motyw jego tajemniczej tożsamości i to jak scenarzyści konsekwentnie się nim bawią. Widać to bardzo mocno choćby w kliku miejscach w drugim sezonie, gdzie powinniśmy w końcu dowiedzieć się kim on w zasadzie jest ale twórcom udaje się tą kwestię przemilczeć. Oczywiście jeżeli macie skojarzenia z westernem to w moim odczuciu znów są to skojarzenia słuszne. Scenarzyści ewidentnie się bawią westernową konwencją „tajemniczego mściciela” pojawiającego się w miasteczku i burzącego zastane status quo. A to, że nasz szeryf nie ma wcale kryształowo czystych intencji tylko dodaje całości smaczku.

Zanim przejdę do podsumowania chciałbym jeszcze krótko wspomnieć o różnicach pomiędzy pierwszym, a drugim sezonem. Sprawa jest prosta. Wszystko w drugim sezonie jest lepsze i w mojej ocenie dopiero od drugiego sezonu „Banshee” wskoczyło na właściwe tory. Fabuła jest ciekawsza i lepiej prowadzona, a postacie wchodzą w coraz bardziej interesujące relacje. Nawet strona stricte techniczna wypada zdecydowanie lepiej. W drugim sezonie mamy znakomite, bardzo plastyczne zdjęcia, ciekawiej nakręcone sceny walk i sekwencje akcji. I co bardzo istotne udało się twórcom osiągnąć moim zdaniem całkiem dobry balans pomiędzy ilością pokazywanego seksu i przemocy. Na początku to była jedna z rzeczy, które niemal odrzuciły nas od dalszego oglądania. Ilość niczym nieuzasadnionej nagości prezentowanej w konwencji soft-porno było porażająca. Podobnie jak duże ilości przestylizowanej przemocy. Pisałem kiedyś (tu), że takie podejście w serialach mi nie przeszkadza jeżeli ma sens i jest ciekawie wykorzystane. Tutaj momentami wypadało to karykaturalnie. 

Jak widzicie „Banshee” to serial przedziwny i budzący mieszane odczucia. Z jednej strony fantastycznie wykreowany świat i zaludniające go postacie, z drugiej strony tendencje do epatowania seksem i przemocą zamiast ciekawych rozwiązań fabularnych. Pierwszy sezon w okolicach czwartego odcinka prawie nas od siebie odrzucił i tylko bohaterowie spowodowali, że zdecydowaliśmy się dotrwać. Z perspektywy czasu sądzę, że było warto. „Banshee” na początku było serialem przyzwoitym, ale z niewykorzystanym potencjałem. Teraz rozwinęło się w naprawdę sprawne kino sensacyjne, utrzymane w tej specyficznej westernowo-komiksowej oprawie. Jeżeli brakuje Wam tego rodzaju serialu (a produkcji sensacyjnych jest teraz mam wrażenie jak na lekarstwo) na pewno warto spróbować. A jeżeli odrzuci Was pierwszy sezon to śmiem nawet postawić tezę, że nie zrażeni sprawdźcie jeszcze drugi. Stracicie trochę kontekstów, ale w moim odczuciu nic kluczowego. A nowa odsłona „Banshee” to udane kino z gatunku „guilty pleasure”. Bardzo czekam czym zaskoczą nas twórcy w kolejnym sezonie. Ale o tym przekonamy się dopiero za rok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz