Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Midnight Movies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Midnight Movies. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 października 2012

Midnight Movies – „Kret” Alejandro Jodorowsky



Szaleństwo na seanse o północy nie zaczęło się wcale od „Dziwolągów” Browninga, ale właśnie od jednego z ulubionych filmów Johna Lennona czyli „Kreta” Alejandro Jodorowskyego. Swoją amerykańską premierę miał w grudniu 1970 roku i przez wiele kolejnych miesięcy był prezentowany w ramach nocnych pokazów. Nocnych, bo jak stwierdzili niektórzy krytycy tego filmu inaczej niż o północy się oglądać nie da.  

 
Film otwiera sekwencja w której Człowiek w czerni (tytułowy Kret), wraz ze swym synem jedzie przez pustynię. Podróż ma być swego rodzaju inicjacją dla chłopca, ale szybko przeradza się w duchowe poszukiwania dla samego Kreta. W warstwie wizualno-formalnej mamy do czynienia ze spaghetti westernem spod znaku Sergio Leone. Kret trafia na wyrżniętą w pień wioskę zmasakrowaną przez bandytów, podążając ich śladami dokonuje zemsty i uwalnia z ich rąk kobietę. Kobietę, która go osaczy, wystawi na próbę („Musisz być najlepszy, a aby tego dokonać musisz pokonać czterech rewolwerowców”) aby w końcu go porzucić. A to zaledwie część filmu…

Próba zarysowania o czym jest „Kret” tak naprawdę nie ma większego sensu, bo fabuła ma tu absolutnie drugorzędne znaczenie. Liczy się tak naprawdę surrealistyczny klimat i symboliczna wymowa filmu. Właśnie ta warstwa filmu tak bardzo uwiodła widzów seansów o północy. To jest ten rodzaj kina, który nawet po wielokrotnym seansie nadal pozostawia coś do odkrycia, a jednocześnie generuje niekończące się dyskusje i skłania do refleksji. I chyba każdy widz wyciągnie z niego coś dla siebie i znajdzie inną interpretację.

„Kret” po emisji wzbudził liczne kontrowersje i wywołał falę krytyki głównie przez swoją brutalność. Z dzisiejszej perspektywy nie wiem o co tyle zachodu. Film faktycznie momentami jest mocny (bardzo dobra sekwencja w wymordowanej wiosce), ale moim zdaniem nie przesuwa granicy specjalnie dalej niż wcześniejsze filmy Sergio Leone. A poza tym przemoc jest dla Jodorowskyego ewidentnie środkiem do celu, a nie jak w wielu innych filmach elementem obliczonym na tani szok. 

Po wczorajszym seansie byłem trochę zdezorientowany. Nie przepadam za surrealistycznym i groteskowym kinem, nie lubię nadinterpretacji (jak skojarzyłem po seansie, że według niektórych walka z czterema rewolwerowcami to symboliczna walka z czterema ewangelistami to ogarnął mnie pusty śmiech), a do tego nie posiadam na tyle rozległej wiedzy mistycznej, aby wyłapać wszystkie niuanse. Ale o dziwo, może dzięki westernowej konwencji (którego to gatunku jestem wiernym fanem), na seansie bawiłem się dobrze. Niektóre sekwencje są dla mnie dość czytelne i naprawdę zapadają w pamięć (wspomniana wcześniej scena w miasteczku, kościelna scena w II części filmu), znaczenia innych nie ogarnąłem (pozostawienie chłopca, zdrada Kreta przez uratowaną wcześniej kobietę, karły), ale najważniejsze, że film mimo upływu lat nadal wydaje się być pozycją interesującą. Jak ja go odebrałem? Cóż, dla mnie kluczowa jest ostatnia scena, która cytując pewną powieść, sygnalizuje nam, że Ka jest kołem. Cała podróż jaką przebył nasz bohater w drodze do poznania i odkupienia prowadzi go bowiem do punktu wyjścia. Czy tym razem jego historia potoczy się inaczej?

poniedziałek, 24 września 2012

Midnight Movies – „Dziwolągi” Tod Browning



W krótkim czasie trafiłem na dwa filmy, które uznawane są za jedne z najbardziej typowych tzw. „midnight movies” – „Głowę do wycierania” Davida Lyncha oraz „Kreta” Alejandro Jodorowskiego. Czym były „midnight movies”? W latach 70-tych i 80-tych w wielu miastach Ameryki prezentowano w ramach nocnych seansów niezależne, niskobudżetowe kino gatunkowe. Seanse o północy stały się szybko kulturowym fenomenem. Wiele filmów oglądano wielokrotnie (ponoć niektórzy obejrzeli „Rocky Horror Picture Show” ponad 100 razy), a same seanse zamieniały się w imprezę fanów (fanatyków?) poszczególnych filmów. Postanowiłem sprawdzić aktualną siłę rażenia klasyków i tak rozpoczynamy dziś cykl spotkań z „Midnight movies”. 


Na pierwszy ogień wybrałem film, o którym przyznam szczerze nie wiedziałem, że w ramach seansów o północy był prezentowany. Film wybitny, a ciągle mało znany – „Dziwolągi” Toda Browninga z 1932 roku. Wydawało się, że ogromny sukces „Draculi” z Belą Lugosim stanie się dla Browninga trampoliną do wielkiej kariery. Ciesząc się zaufaniem hollywoodzkich włodarzy, w rok po swym największym sukcesie nakręcił „Dziwolągi”. Niestety, film okazał się zbyt szokujący (wycięto blisko 30 minut nakręconego materiału!) jak na ówczesne standardy i stał się gwoździem do trumny kariery reżysera, który po nim nakręcił zaledwie parę obrazów.

Co wzbudziło takie kontrowersje i spowodowało, że w niektórych krajach zakazano emisji filmu na ponad 30 lat? „Dziwolągi” opowiadają historię specyficznej grupy cyrkowej. Specyficznej, bo działającej w okresie kiedy pokazy cyrkowe nie wyglądały tylko tak jak to obecnie rozumiemy – klowni, akrobaci, iluzjoniści oraz pokazy ze zwierzętami. Grupa ta prezentowała oprócz „klasycznych” numerów także „cyrk osobliwości” w ramach którego pokazywano występy ludzi z różnymi deformacjami. Mamy więc Kobietę z brodą, Pół-Kobietę Pół- Mężczyznę, rodzinę „Stożkogłowych”, karły, bliźniaczki syjamskie, ludzi bez rąk i nóg itd. Uwierzcie, stopień zaprezentowanej w „Dziwolągach” odmienności mimo upływu lat nadal potrafi wbić w fotel, tym bardziej, że wszystkie postacie zagrane były przez żywych aktorów, a cała historia zrealizowana jest niemal w dokumentalnej tonacji.

Ale podejrzewam, że gdyby tylko o zaprezentowanie wspomnianych odmienności chodziło film nie wzbudziłby aż takich emocji. To co moim zdaniem najbardziej szokowało i w ciąż w zdominowanym przez polityczną poprawność świecie szokuje to fabuła. Historia oparta na najstarszych motywach świata miłości – zazdrości – zemście została umiejscowiona w świecie tytułowych Dziwolągów. Świat się zmienił, ale nadal społeczeństwo ma problem z postrzeganiem niepełnosprawności. Z jednej strony dążymy do równouprawnienia, z drugiej w ramach politycznej poprawności dominuje obraz szlachetnego niepełnosprawnego walczącego z przeciwnościami losu. Takie postrzeganie odbiera inwalidom ludzki wymiar. A przecież poza fizyczną ułomnością to przede wszystkim normalni ludzie. Z normalnymi potrzebami i normalnymi emocjami. Nie zawsze tylko tymi dobrymi. Czy takich tematów poruszać nie można?

Mimo 80-lat od premiery „Dziwolągi” to nie stetryczały staruszek, ale prawdziwa petarda. Nadal wywołuje dyskusje i nie pozostawia widza obojętnym. Doskonale rozumiano to włączając ten film w ramach cyklów Midnight Movies. Szokuje, zmusza do refleksji i przeraża.  Polecam gorąco, nie tylko na nocny seans.