Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Carpenter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Carpenter. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 września 2012

Muzyka filmowa




Słoń nadepnął mi na ucho więc zagrać potrafię tylko na nerwach, dla dobra ludzkości nie śpiewam nawet pijany, a do tego nie cierpię rozdrabniania gatunków muzycznych na setki odmian (kto u licha wie co to UK garage i czym się różni od grime’u, albo czy stoner rock to to samo co desert rock?). Mając takie predyspozycje widać jak na dłoni, że jestem ostatnią osobą kompetentną do wydawania sądów o muzyce. Pewnie tak, ale mimo wszystko opowiem Wam o jednej z moich fascynacji – muzyce filmowej. Znaczy się ja opowiem trochę mniej, a dam więcej mówić muzyce.

Ścieżka dźwiękowa oraz wykorzystanie muzyki od zawsze zwracało moją uwagę w kinie. Nie bez znaczenia był pewnie fakt, że „za dzieciaka” przyszło mi zapoznać się z „Gwiezdnymi wojnami”, serią o doktorze Jonesie, czy rozkochać się w westernach, a  do tego jak ważną rolę odgrywała w tych filmach muzyka nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Myśląc o muzyce filmowej przychodzą mi do głowy trzy tematy: wybitni twórcy, wykorzystanie muzyki oraz piosenki filmowe.

Mam nieodparte wrażenie, że współcześnie co raz częściej ścieżka dźwiękowa traktowana jest po macoszemu i ogranicza się do wyboru kilkunastu piosenek w myśl klucza – popularny zespół/popularny kawałek. Jest to prosta metoda promocji, ale niestety traci na tym często sam klimat filmów. Dla mnie osobiście dobra muzyka filmowa spełnia trzy warunki – oddaje klimat poszczególnych scen w których jest wykorzystana, jest obrazowa czyli w oderwaniu od filmu możemy sobie zwizualizować ilustrowaną sekwencję, a dodatkowo nie stara się wyjść na pierwszy plan. Na szczęście przez lata (nawet teraz) cały czas możemy trafić na twórców, którzy świetnie czują jak powinna wyglądać ścieżka dźwiękowa Do moich ulubieńców należą:

Jerry Goldsmith twórca muzyki do „Strefy mroku”, czy „Obcego”, który zafascynował mnie kiedy obejrzałem pierwszy raz „Planetę małp” z 1968 roku, która okraszona była dość minimalistyczną, ale perfekcyjną ścieżką dźwiękową. Prawdziwe mistrzostwo Goldsmith zaprezentował jednak komponując absolutnie genialną muzykę (nagrodzoną Oscarem) do filmu „Omen” z 1976 roku. Muzykę, której nie jestem w stanie słuchać bez ciarek na plecach.


Elmer Bernstein, który skomponował muzykę do takich klasyków jak „Pogromcy duchów”, „Blues Brothers”, kultowego „Heavy Metal”, czy motywu z jednego z moich ulubionych filmów -  „Siedmiu Wspaniałych”.  Posłuchajcie, ale przygotujcie się na to, że poczujecie chęć wyruszenia na prerie.


Ennio Morricone – autor muzyki do niezliczonej liczby filmów, który dla mnie zawsze będzie kojarzony głównie ze współpracy z Sergio Leone przy jego spaghetti westernach. Tematy z „Trylogii dolarowej” to mimo upływu lat klasa sama w sobie (co udowodnili też „Niezniszczalni 2” „pożyczając” jego temat do sceny z Chuckiem Norrisem).


John Williams – „Gwiezdne wojny”, „Indiana Jones”, „ET” czy muszę mówić coś więcej?


Michael Kaman, czyli człowiek, który odpowiada za muzykę do kolejnych dwóch filmów mojego dzieciństwa „Robin Hood: Książę złodziei” oraz „Nieśmiertelnego”.


Hans Zimmer – twórca ostatnio modny (i płodny), bo odpowiadający miedzy innymi za muzykę do Nolanowskiego Batmana, czy serii „Piraci z Karaibów”. Dla mnie jednak kompozytor głównie genialnej muzyki do filmów Ridleya Scotta –  „Helikopter w ogniu” oraz przede wszystkim „Gladiatora” (widziałem film dziesiątki razy, a i tak finałowy utwór zawsze łapie mnie za gardło).


Ale wybitni twórcy to tylko jedna strona medalu i nawet najznamienitszy kompozytor nie zawsze jest w stanie przesądzić o sukcesie muzyki w filmie. Liczy się bowiem umiejętne jej wykorzystanie. Są reżyserzy, którzy doskonale potrafią wykorzystać zarówno muzykę instrumentalną, jak i piosenki tak aby stały się integralną częścią obrazu. Pierwszym z nich jest Micheal Mann, o którym kiedyś pisałem więcej. W jego filmach muzyka zawsze odgrywa istotną rolę i doskonale współgra z obrazem, czego świetnym przykładem jest „Zakładnik”. Mimo, że widziałem ten film tylko jeden raz słuchając ścieżki dźwiękowej jestem w stanie przywołać prawie każdą scenę. Doskonała robota. Drugim jest John Carpenter – twórca znany przede wszystkim miłośnikom horroru. I choć każdy kojarzy go z reżyserią, nie wszyscy wiedzą, że odpowiada on za muzykę w większości swoich filmów z genialnym motywem  do „Halloween” na czele. Osobiście najbardziej lubię muzykę w innym jego filmie. Niech przemówi „Coś”.


Najciekawszym przykładem świadomego muzycznie twórcy jest jednak moim zdaniem Quentin Tarantino. Jego każdy film to prawdziwy popis wykorzystania muzyki. Uwielbiam przede wszystkim jego umiejętność wynajdywania interesujących i niebanalnych, a często nieznanych lub zapomnianych kawałków pasujących idealnie do filmu. Nigdzie nie zagrało to tak dobrze jak w „Kiil bill”.


Jest jeszcze trzeci aspekt muzyki filmowej – wykorzystanie piosenek. I nie chodzi mi o wykorzystanie piosenek ale produkcje made in TVN, ale dziś dość zapomnianą sztukę pisania piosenek do filmów. Sztukę, bo według mnie dobra filmowa piosenka nie musi być po prostu znanym i ogranym kawałkiem. Musi pasować do filmu i oddawać jego ducha i to dzięki temu stanowić jego integralną całość i źródło promocji. Najlepszą możliwą ilustrację stanowią tu piosenki do filmów z serii o Jamesie Bondzie. Wystarczy spojrzeć na listę wykonawców tych utworów i ich klasę – Shirley Bassey, Duran Duran, Madonna, Tina Turner to tylko wierzchołek góry lodowej. Moim zdaniem to między innymi dzięki słynnym czołówkom z podkładem muzycznym ludzie tak pokochali filmy o agencie 007. 


Przykłady z każdego poletka można mnożyć. Nie wspomniałem wybitnych kompozytorów z polskiego podwórka – Wojciecha Kilara („Dracula”) oraz Krzysztofa Komedy („Dziecko Rosemary”). Pominąłem Erica Serra, którego soundrack to „Piątego elementu” to prawdziwa perła, czy ścieżkę dźwiękową do „Robina z Sherwood” Clannadu, która stanowi jeden z najdoskonalszych przykładów wykorzystania muzyki w serialu. A Elton John pewnie się na mnie obrazi, że nie wymieniłem jego piosenek do „Króla Lwa”. Cóż, muzyka filmowa to szeroki i wdzięczny temat, i nie było moją intencją go wyczerpać. Chciałem Was za to trochę zarazić fascynacją do tej formy sztuki. Zwróćcie na nią uwagę oglądając kolejny film i eksplorujcie fonograficzne archiwa ubiegłych lat. Wiele skarbów czeka tam na odkrycie.




wtorek, 3 kwietnia 2012

Spotkanie po latach ”Egzorcysta” oraz „W paszczy szaleństwa”


Trafiwszy ostatnio na emisję „Egzorcysty” postanowiłem dać uznanemu klasykowi drugą szansę. Drugą, ponieważ mój pierwszy seans wiązał się ze sporym rozczarowaniem. Miałem pewnie z 15 lat i za sobą seans dwóch pozostałych wielkich horrorów satanistycznych czyli „Omena” i „Dziecka Rosemary”. Oba zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Chcąc mieć pełen obraz zabrałem się za „Egzorcystę” i muszę powiedzieć, że film zupełnie do mnie nie trafił. Przed seansem nasłuchałem się jak to ludzie uciekali ze strachu z kina, a ja egzorcyzmy Regan przyjąłem więcej niż chłodno zastanawiając się o co tyle hałasu. 


Minęło wiele lat i postanowiłem zmierzyć się z „Egzorcystą” jeszcze raz. Szokujące jak odbiór filmu może się zmienić. Ten film to klasa sama w sobie. To, że do mnie nie trafił wynikało chyba z faktu, że siadając do seansu pierwszy raz oczekiwałem horroru, a otrzymałem szokujące i bulwersujące kino psychologiczne. Ale właśnie to powoduje, że ten film nadal potrafi tak mocno oddziaływać. Scenariusz Blattyego to majstersztyk, o czym świadczą dwie podstawowe sprawy – rozwój postaci i sposób budowania suspensu. Kapitalnie nakreśleni są główni bohaterowie dramatu, a dzięki świetnym aktorom i perfekcyjnej reżyserii Friedkiena przemiana jaka przechodzi każdy z nich wydaje się być niezwykle wiarygodna. No i sam sposób opowiedzenia tej historii. Akcja rozwija się powoli,  co pozwala nam lepiej wejść w świat przedstawiony, a narastający dysonans pomiędzy rzeczywistym i nadprzyrodzonym jest rozegrany rewelacyjnie. 

I tu kolejny bezapelacyjny plus filmu – opętanie Regan i wszystkie jej zachowania są obrazoburcze, szokujące i nadal przyprawiają o gęsią skórkę, a wszystko to dzięki minimalistycznym, a świetnie się sprawdzającym efektom specjalnym.  Jak „niewiele” środków trzeba aby dać widzowi popalić najlepiej świadczy jedna z najbardziej bulwersujących scen w filmie czyli scena z krzyżem. W horrorze od 1973 roku pokazano już wiele, ale ta sekwencja to nadal pierwsza liga grozy.

Konkluzja? Posypuję głowę popiołem. „Egzorcysta” to mistrzowskie kino, z zastrzeżeniem, że chyba raczej dla dojrzałego widza. W tym przypadku straszenie jest ważne, ale ważniejsze są psychologiczne aspekty tej historii. Kto nie oglądał niech czym prędzej nadrabia zaległości.

Po tym jak bardzo obraz zapamiętany z młodości rozminął mi się z oczekiwaniami, byłem niezmiernie ciekaw jak po latach obroni się film, który od pierwszego seansu jest dla mnie jednym z wyznaczników jak powinien wyglądać horror – „W paszczy szaleństwa” Johna Carpentera. Obejrzałem po latach i wiecie co? To jest tak samo rewelacyjny film jak kiedyś, a może nawet lepszy. Carpenter kojarzy jest pozytywnie głównie ze swymi starszymi filmami „Coś”, czy „Halloween” i zupełnie nie rozumiem, czemu „W paszczy szaleństwa” nie cieszy się należytą mu estymą. Nie chcę rozpisywać się tutaj na temat fabuły, bo zabrałbym zbyt wiele przyjemności z jej odkrywania, ale dla mnie sama historia i sposób jej prowadzenia są mimo upływu lata tak samo zachwycające. 


Zachwycające, ale nie sama fabuła ale rewelacyjny klimat filmu stanowią o jego sile. Oniryczny, niepokojący nastrój towarzyszy nam w zasadzie od pierwszych scen. Nie wiemy, które z rozgrywających się wydarzeń są prawdą, a które wytworem wyobraźni, a wrażenie pogłębia się z każdą minutą. Nastrój pogłębiającej się paranoi jest po prostu niesamowity i uwierzcie nie wiecie czego i po kim możecie się spodziewać (tak Pani Pickman, myślę właśnie o Pani). A film zyskuje jeszcze drugie dno jeżeli jesteście fanami Lovecrafta. Ja świetnie bawiłem się wyłapując nawiązania do dzieł Samotnika  z Providence i Wam również polecam taką zabawę w czasie seansu. Konkluzja? Dobrze wiedzieć, że pewne rzeczy jednak się nie zmieniają. Genialny film. Polecam z pełną odpowiedzialnością.