Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Constantine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Constantine. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 czerwca 2012

Komiksowy długi weekend


Długie weekendy sprzyjają nadrabianiu kulturalnych zaległości. Udało mi się w końcu dopaść dwa komiksy, które z różnych względów od dłuższego czasu chciałem przeczytać – „Amerykańskiego wampira” duetu Snyder/King oraz „Hellblazer: Niebezpieczne nawyki” Ennisa. Komiksy bardzo różne zarówno stylistycznie jak i pod kątem opowiadanych historii. Ale oba chyba każdy miłośnik współczesnego komiksu powinien poznać. 


Scotta Snyder w posłowiu do komiksu wspomina, że postać Amerykańskiego Wampira wymyślił już w 2002 roku, ale obecny kształt historii został nadany przez samego Stephena Kinga. W „Amerykańskim wampirze” Panowie postawili zmierzyć się z jednym z najstarszych fenomenów w świecie grozy – wampirem. Zirytowani wszechobecnymi wampirami w ich romantyczno – rozterkowej emo wersji, postanowili powrócić do źródeł i stworzyć wampira, który będzie przerażającym drapieżnikiem. Tak powstał Skinner Sweet – pierwszy amerykański wampir. Autorzy zdecydowali się na stworzenie spójnego świata, w którym Sweet jest pierwszym wampirem nowego rodzaju. Chodzącym w słońcu, silniejszym i bardziej drapieżnym niż dotychczasowe, europejskie wampiry, a do tego do bólu amerykańskim. W końcu zrodzonym na dzikim zachodzie…

Snyder i King pisząc „Amerykańskiego wampira” spletli ze sobą dwie, częściowo niezależne, historie. Pierwsza z nich, napisana przez samego Snydera, to historia Pearl Jones. Początkującej aktorki, która stara się zrobić karierę w Hollywood lat 20-tych. Niestety, na skutek nieszczęśliwych zdarzeń jej kariera brutalnie się kończy, a jej samej zaczyna przyświecać jeden cel – zemsta. Druga, napisana przez Kinga, opisuje narodziny nowego gatunku wampira. Skinner Sweet to bandyta napadający na banki i pociągi w epoce Dzikiego Zachodu. W trakcie jednego z napadów zadziera w niewłaściwymi ludźmi, ale jak się okazuje nie będzie mu dane zginąć. Przeznaczone mu będzie rozpoczęcie nowego życia, jako wampir. 

Pomysł na splecenie ze sobą różnych historii, umiejscowionych w różnych okresach czasowych sprawdził się wyśmienicie. W mojej ocenie opowieść o Pearl wypada lepiej i ma zdecydowanie mocniejszy finał, ale obie historie stoją na wysokim poziomie. Co ważne rysownik Rafael Albuquerque świetnie dopasował się reszty ekipy. Jego styl, drapieżny i ostry, a jednocześnie pełen szczegółów kapitalnie sprawdził się w połączeniu z tekstem. Mam tylko jedną uwagę krytyczną do Stephena Kinga. Słowa przyrównujące bankierów (europejskich) do krwiopijców, z ust obywatela kraju, który zafundował światu kryzys finansowy? Proszę Stephen, zostaw lepiej swoje lewicowe poglądy w domowy zaciszu. 


Drugim komiksem, co do którego moje oczekiwania były chyba jeszcze większe był „Hellblazer: Niebezpieczne nawyki”. Oczekiwania miałem duże, ale trudno się dziwić. Było to moje pierwsze spotkanie z Johnem Constantine, żywą legendą komiksu grozy. Scenarzystą „Niebezpiecznych nawyków” jest Garth Ennis. Czytałem wiele jego wcześniejszych komiksów i gdy zobaczyłem jego nazwisko na okładce poczułem obawy. Według mnie jest to autor nierówny i komiksy świetne („Kaznodzieja”) przeplata słabszymi (dość chybiony „Punisher: Born). Na szczęście obawy były bezpodstawne. Według mnie scenariusz tego komiksu to po prostu majstersztyk, który z miejsca wywindował „Niebezpieczne nawyki” na szczyty listy moich ulubionych komiksów. 

Historia wydaje się być prosta. John Constantine, człowiek walczący z piekielnymi demonami i stający oko w oko z Szatanem dowiaduje się, że wkrótce umrze zabity nie przez swą pracę, ale przez raka płuc. Możemy obserwować Johna w trakcie coraz bardziej dramatycznej walki o życie. Walki? Czy można zwalczyć raka w stadium terminalnym? Cóż, polecam się przekonać na własnej skórze. Jest to lektura ciężka i przygnębiająca, ale gwarantuję, że da Wam dużo satysfakcji. Dla mnie dodatkowym zaskoczeniem w przypadku „Niebezpiecznych nawyków” była  strona graficzna. Skrajnie różna od tej w „Amerykańskim wampirze”, ale także perfekcyjnie uzupełniająca i dopełniająca depresyjną historię Constatina. Szczególnie okładki i otwierające każdy odcinek plansze zapadają głęboko w pamięć. Świetna robota.
 
Dawno nie wziąłem na swój warsztat komiku i chyba zapomniałem ile zawsze to medium dawało mi frajdy. Cieszę się zatem, że udało mi się zapoznać z dwoma tak dobrymi historiami. Teraz mam apetyt na więcej. Szczególnie jak obejrzałem okładki do „Amerykańskiego wampira III”. Nie mogę się doczekać. W Polsce oba komiksy wydał Egmont i oba wydania są bardzo dobre. Choć dla estetów polecam szczególnie wydanie „Amerykańskiego Wampira”. Gruba okładka, kredowy papier… Piękne wydanie. Ale to tylko dodatki do meritum. Dajcie się porwać opowiadanym w tych komiksach opowieściom. Warto.